Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 14 października 2015

Siem w kinie: "Marsjanin"

No więc, a więc i zatem: dotarłam do kina i obejrzałam "Marsjanina". Mimo kłód pod nogi rzucanych przez życie, nieudanej zmowy z bratem i opornego Monsza. Dotarłam sama i w sumie nie zrobiło mi to różnicy, bo wszak to była wyprawa na film. Za wstęp niech posłuży oświadczenie, że tym razem jakoś nie bałam się tego, czego boję się zawsze w przypadku ekranizacji książek mianowicie, że wezmą i mi zepsują. Zupełnie nie wiem z czego ten brak strachu wynikał i nie mam czasu się teraz nad tym zastanawiać. Wczoraj, bezpośrednio po powrocie machnęłam spis spraw do poruszenia, a dziś po nocy trawienia, jakoś się je postaram ogarnąć. Oczywiście będę rzucać spoilerami na lewo i prawo, a jako że nie napisałam nigdy notki blogasowej z książki to i nad książką się odrobinkę pochylę. Będzie w punktach:

1. TE KOSMOSY!

Sceny z Marsa, sceny z przestrzeni, Hermes! Tak, tu właściwie mam tylko tyle:




Bo to po prostu epickie sceny są! A co ważne: o ile obrazy Marsa umiałam sobie w mózgownicy mej wygenerować, to już z Hermesem nie było mi tak łatwo. A tymczasem ujęcia statku po prostu były najlepsze w całym filmie. Zresztą w ogóle całość zdjęć, sposób prowadzenia kamery i tak dalej były jak najbardziej dla mnie. Chodzi mi o to, o czym mówiłam przy okazji "Mad Maxa" mam problem z wielkim ekranem, wielkim hałasem i mnóstwem ruchu. Ten film był jakby kręcony na stary sposób, bez szarpanych scen, łagodnymi ruchami. Wyszłam z kina bez tradycyjnego bólu głowy.

2. DOBRE CIĘCIA W FABULE.

Oczywiście w trakcie miałam myśl: ej, ale gdzie akcja z kablami? Albo: jak to, tak po prostu dojechał do Schiaparellego? Jak to możliwe, że ominęła go burza i podły krater nie stanął na drodze? Ale to były myśli czytelnika książki. Książka to nie film, a film to nie książka. Patrząc na film, jako na film widzę sens i naprawdę uważam, że tego nie brakowało. Scenarzyści zrównoważyli te cięcia udramatycznieniem końcówki momentu ściągania Marka do wnętrza Hermesa, a film nie nabrał dłużyzn i nie zostawił wrażenia, iż Mark to superbohater, który ciągle wpada w bagno i z każdego wychodzi. Im więcej przeszkód i ich pokonywania wpakowanych w film, tym łatwiej znudzić nimi odbiorcę uodpornić go. Wywołać reakcję w stylu jasne, i co jeszcze? Bo w filmie, co dla mnie całkowicie oczywiste, przycięto Markowe wywody dziennikowe. A one wyjaśniały wszystko krok po kroku i bardzo jasno pokazywały, że to nie tak hop-siup, a Mark to nie superbohater, ale po prostu człowiek zdeterminowany i że przede wszystkim naprawdę wie, co robi. No i jeszcze jedno siłą książki jest moim zdaniem to, że Mark chowa się za dziennikiem, a wpisy nie pojawiają się codziennie. Te przerwy, to, co nienapisane pokazuje dramat sytuacji. Nie pisał bo nie był w stanie: po wybuchu wodoru, po tym, jak załatwił plecy, po upadku z brzegu krateru. Nie pisał, gdy miał wszystkiego dość, gdy upadał na duchu. Nie pokazywał czytelnikowi świeżych emocji. Jeśli o nich pisał, to z perspektywy, z boku. W filmie się tak nie dało, bo nie słowa niosą przekaz w tym medium, a obrazy (stąd zresztą zapewne fanservice pt. "nagi Matt Damon". Patrzcie, ludzie, jak on schudł na tych ziemniakach!). 

W filmie widzimy bohatera w trakcie wydarzeń, nie już po ich przetrawieniu, gdy kpiny i obracanie w żart tego, co tak naprawdę straszne, przygnębiające i zwyczajnie złe, jest jak najbardziej na miejscu i świadczą o mocy Markowej psychiki. Nikt nie rzuca żartami i dowcipnymi ripostami na bieżąco, prawda? I ja doskonale rozumiem, na co postawiono w filmie. Nie amputowano wszak Markowego poczucia humoru dostaliśmy go w scenie z robieniem foci, w kontraście ponurej gadki w NASA do popisów tanecznych bohatera, w rozmowach z Martinezem (Michael Peña). Ale film nie mógł nie pokazać widzowi też tych trudnych momentów, które książka zostawiła w domyśle, bo nie poczulibyśmy dramatyzmu. 

Wydaje mi się, że film postawił na równowagę. I to nie tylko w prezentacji emocji Marka, czy też ilości momentów trudniejszych i łatwiejszych, ale też w prezentacji Ziemi i Marsa. No i co bardzo mnie ucieszyło zrezygnowano z tej rzeczy, która bardzo mnie w książce gryzła: ze stwierdzenia, iż jeśli jakiś człowiek wpada w tarapaty, to świat się jednoczy, by mu pomóc. Owszem jestem przekonana, że gdyby taka sytuacja miała miejsce, śledziłabym losy astronauty i trzymałabym wszystkie możliwe kciuki, by się udało, ale jednak, czy na pewno rzucamy się z pomocą, gdy jeden człowiek wpada w tarapaty? A co z głodem w Afryce, że tak jednym tylko przykładem zarzucę? Może to jest tak, że dla jednego człowieka jesteśmy gotowi na pojedynczy światowy zryw, a problemy długotrwałe, dotykające całych krain po prostu się nam opatrzyły? W sumie przygnębiająca konstatacja.

Zaś wracając do filmu: bardzo subtelnie przedstawiono uczucie między Johanssen (Kate Mara) a Beckiem (Sebastian Stan). Świetna sprawa. Wielkie gratulacje, że z jednej strony nie pominięto wątku, a z drugiej nie podniesiono go do rangi hiperistotnego, bo przecież musi być romans. Naprawdę myślę, że sporym wyczuciem wykazał się scenarzysta.

Choć nie kupuję wszystkiego: JAK MOŻNA BYŁO WYWALIĆ CYCKI? Wciąż mrugam z niedowierzaniem. To było urocze, zabawne, subtelne i bardzo ładnie sprowadzało mózgi z NASA nomen omen na ziemię. Bo przecież Mark to żywy człowiek nie misja do przeprowadzenia, nie bagaż do przerzucenia, to ktoś, kto na bieżąco reaguje i kto ma nad nimi pewną subtelną przewagę: jest daleko i kompletnie nic nie mogą mu zrobić.

3. DOBÓR AKTORÓW.

Jedyne, czego przez krótką chwilę się bałam, to czy Matt Damon da radę. Podobnie jak Fraa uważam, że dał. Bałam się początku, bałam się tych wszystkich scen, których tak naprawdę w książce do końca nie było bo przecież książka zaczęła się od pierwszego wpisu w Dzienniku już po burzy, po tym, jak Mark dotarł do Habu, opatrzył ranę i ogólnie był w stanie zrobić pierwszy zapis. Bez sensu było w filmie zaczynać od tego samego i bawić się w retrospekcje. Wydarzenia następowały po kolei, do końca nie było wtrętów z produkcji materiału na Hab chociażby. I dobrze. Kupuję nawet scenę szycia rany, w końcu on się musiał jakoś opatrzyć. A numer z Maturinem i lusterkiem zawsze działa ;) Ale wracając do aktorów dał radę Damon, ale nie tylko on. Tak naprawdę aktorzy wpasowali się w role. Nawet nieszczęsny Jeff Daniels, który nie odgoni się już chyba nigdy od skojarzeń z "Głupim i głupszym" pasował mi na Sandersa przede wszystkim dlatego, iż czytając książkę cały czas wiedziałam, że szef NASA ma przekichane musi podejmować decyzje totalnie i absolutnie nie kierując się emocjami, nie może sobie pozwolić na trzaskanie w stół, pretensje, wielkie słowa. Musi myśleć w kategorii kalkulacji, musi dbać o każdą możliwą wersję zakończenia, musi przewidzieć i pamiętać, że od jego decyzji i ich konsekwencji zależą prace ośrodka w kolejnych latach. Musi być chłodnym, analizującym Spockiem i mierzyć się z rozgorączkowaną załogą Galileo Seven. I ja to wszystko wiedziałam, a zamiast podziwu budził we mnie irytację. I w czasie oglądania filmu, gdy przyszło do konfrontacji Sandersa z Mitchem Hendersonem (Sean Bean) Siem z całego serca kibicowała Boromirowi, pogardliwy uśmieszek kierując w stronę Głupszego. Żałosny powód, szufladki i w ogóle, ale jakoś tak właśnie miałam, że pomyślałam: "pff! i niby jak chciałbyś wygrać z Boromirem, gościu!" A w ogóle: Henderson wyjaśniający o co chodzi z Elrondem <3 Nie mogę się oprzeć myśli, iż ta scena była głównym powodem zaproponowania roli kierownika kontroli lotów Beanowi... Spośród aktorów wymienię jeszcze Donalda Glovera Rich Purnell w jego wykonaniu był moim zdaniem idealny.  

4. SPRAWY DODANE.

Pierwsza taka sprawa powoduje zmianę charakteru pani dowodzącej Melissy Lewis (Jessica Chastain) i tu mój jedyny zarzut. Otóż nie wiedzieć czemu, pani kapitan wepchnęła się za Becka w misję ostatecznego pochwycenia Watneya w przestrzeni kosmicznej. To jest coś, co postrzegam jako minus filmu i nie staram się tego zrozumieć i usprawiedliwić. Pani kapitan była w książce kapitanem z prawdziwego zdarzenia. Podejmowała trudne decyzje, podejmowała je ostatecznie, wiedziała, kiedy trzeba zapytać załogę o zdanie, gdyż nie mogła rozkazać im, by uczestniczyli w buncie, ale przede wszystkim wiedziała, że do niej należy koordynacja wszystkiego i wysyłanie właściwych ludzi do zadań. Ona sama nie była właściwym człowiekiem do spacerów kosmicznych. Był nim Beck. Ten moment był po prostu niepotrzebny i wręcz głupi bardzo popsuł jej charakter. Ot nagle ni z tego z owego zachowała się niczym kapitan Kirk. 

Druga sprawa to końcówka po końcówce. Książka zakończyła się w chwili, gdy Mark stanął na pokładzie Hermesa. Film poszedł dalej. Dołożył parę scen po latach ze startu Aresa V. Moim zdaniem to był dobry manewr. Parę rzeczy, których nie było widać na bieżąco pokazano choćby to, że w ramach zapłaty za chińską pomoc w piątej misji Aresa wziął udział chiński astronauta. To fakt książkowy, przekazany w filmie dopiero w tym momencie. I w porządku. Książka zostawiła czytelników w chwili euforii. Film pozwolił na wyciszenie inaczej grał emocjami odbiorcy.

5. HISTORIA DZIAŁAŁA!

To było dla mnie najbardziej niesamowite: podskakiwałam na krzesełku, gryzłam pazury i czekałam, co dalej. A przecież ja doskonale wiedziałam, co dalej! Mimo to twórcy filmu w jakiś sposób podziałali na moje emocje, historia nic a nic nie straciła na tym, że wiedziałam, iż wszystko dobrze się skończy. Emocjonowałam się startami rakiet, zapominałam o oddychaniu, gapiąc się w ekrany NASA, śmiałam się prawie w głos, gdy Kapoor (Chiwetel Ejiofor) odkrył dokąd jedzie Mark. Nie wiem magia kina? Muzyka? Ujęcia? Dariusz Wolski (zdjęcia) daje radę bardzo! A Ridley Scott (reżyseria) to jednak klasa.

PODSUMOWUJĄC: w moim odczuciu to najlepsza ekranizacja książki, jaką miałam przyjemność oglądać i jednocześnie potwierdzenie moich klujących się od jakiegoś czasu wniosków dotyczących ogólnych tendencji przekładania książek na filmy. To nie jest łatwa sprawa i nie każdy wychodzi obronną ręką, a ja kiedyś popełnię o tym dłuższy tekst.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz