Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 1 grudnia 2015

Terry Pratchett – "Moving Pictures"


Autor: Terry Pratchett
Rok pierwszego wydania: 1990
Wydawnictwo: Corgi Books
Liczba stron: 333

Przeczytane: 30 listopada
Ocena: zafrapowało mnie na tyle, że odczuwam potrzebę konfrontacji z tłumaczeniem

"In retrospect, Victor was always a little unclear about those next few minutes. That's the way it goes. The moments that change your life are the ones that happen suddenly, like the one where you die."

Mogę śmiało powiedzieć, że "Moving Pictures" to ziarno, z którego wyrosło wyzwanie. Zalega na półce "pożyczone" od lat trzech i w tej chwili jest "najstarszą" pożyczoną książką w mojej biblioteczce. Pożyczyła mi ją w trakcie trwania mojego pierwszego NaNo jedna z NaNowiec właśnie. Pożyczka była porządnie umotywowana i miała posłużyć sprawdzeniu, czy aby na pewno nie poradzę sobie z czytaniem po angielsku. Jak widać zajęło mi nieco czasu zebranie się w sobie i podjęcie próby...

Oczywiście fakt, iż Monsz wyjął ją dla mnie ze słoiczka akurat końcem października i towarzyszyła mojemu czwartemu NaNo uważam za Fakt Znaczący. Skończyłam ją czytać wczoraj – 30 listopada, a zaglądałam do niej prawie codziennie podczas całego listopada. Choćby jedna – trzy – pięć – dwanaście stron tuż przed zaśnięciem, a po umyciu ząbków i założeniu piżamki. Stanowiła swoisty wywabiacz NaNoMyśli: resetowała mnie. Inny klimat, inny język i w w ogóle wszystko inne od tego, co pracowicie dziergałam na własnym NaNoPoletku. Ogólnie mówiąc – podczas czytania "Moving Pictures" musiałam zupełnie inaczej myśleć niż podczas pisania "Przenikania". I powiem jeszcze, że śmiem twierdzić, iż ta lektura w pewien pokrętny i mało inwazyjny sposób przyczyniła się do mego tegorocznego sukcesu.

Czy było mi łatwo czytać?

Nie. Pan Pratchett to trudny przeciwnik – skrótowce, neologizmy i rozbudowane zdania o podwójnym dnie. Myślę, że dużo traciłam z powodu ograniczeń językowych (czytanie przed snem sprzyja zasadzie "nie sprawdzaj każdego słowa, wszak kontekst to potęga") i że teraz czas na spotkanie z panem Cholewą i jego wersją "Ruchomych obrazków". Nawet mam je na półce. Na własnej. Nie pożyczonej. Może być nawet, że kiedyś dawno już je czytałam, ale pamiętam raczej niewiele, jakieś pojedyncze szczątki faktów. Teraz jest pewne, że przeczytam i wtedy być może napiszę coś, co faktycznie będzie opinią o książce, a nie opisem "jak to Siem czytała". Wychodzi bowiem na to, że po tej niemożebnie rozciągniętej w czasie, poszarpanej, obcojęzycznej lekturze niewiele mam do powiedzenia.

No... może poza tym:

'I didn't know you could make stars . . . I thought they were like, you know, stuck do the sky . . .'
'I think he meant make him a star. You know, him himself. Turn him into a star.'
'How can you make anyone into a star?'
'I dunno. I suppose you compress them right up small and they burst into this mass of flaming hydrogen?'

I tym:

'You only get one chance, he thought, and then you die'

i jeszcze tym:

'You know what the greatest tragedy is in the whole world?' said Ginger, not paying him the least attention. 'It's all the people who never find out what it is they really want to do or what it is they're really good at. It's all the sons whi become a blacksmiths because their fathers were blacksmiths. It's all the people who could be really fantastic flute players who grow old and die without ever seeing a musical instrument, so they become bad ploughmen instead. It's all the people with talents who never even find out. Maybe they are never even born in time when it's even possible to find out.'

Tak. Zwłaszcza tym ostatnim. Idealne na NaNo dość. Taka pompatycznie rzewliwa myśl: a właśnie, że będę na pysk padać i wciąż próbować robić to, co lubię. Zaraz obok tych rzeczy, które robić muszę.

A gdyby mnie zmuszono do powiedzenia jednak czegoś o książce, to nasuwa mi się takie spostrzeżenie: Terry Pratchett po angielsku zdaje mi się być jeszcze mniej komediowy (??? nie wiem, czy to dobre słowo, ale zabawny też nie pasuje...) niż po polsku. I w sumie po ostatnich lekturach ze Świata Dysku (a mam za sobą choćby wszystkie te części, w których pojawia się Moist von Lipwig, bo albowiem mam do niego stosunek fangirlowy) dochodzę do wniosku, że ja gdzieś kiedyś najwyraźniej popełniłam błąd, klasyfikując tę serię jako lekką i zabawną rozrywkę na dodatek w takim stylu, który akurat do mnie nie trafia. I ogromnie się cieszę, że klasyczny splot okoliczności podrzucił mi "Para w ruch" i natchnął mnie do ponownej próby zagłębienia się w Dysk. Bo mi ta lektura po prostu smakuje. Widać każdy i do wszystkiego dojrzewa inaczej.

PS. Kolejna pozycja ze słoika "Oddaj pożyczone" to "Kameleon" Rafała Kosika. A że mi było mało to mam jeszcze słoik "Podrzutków", czyli książek, które bliscy czytacze uznali, iż powinnam przeczytać. Z niego z kolei wylosowałam "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" Charliego LeDuffa. No i jeszcze bardzo chcę już czytać "Punkt cięcia" Michała Cholewy. Wezmę i Siem rozerwę chyba...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz