Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 27 stycznia 2016

Charlie LeDuff – Detroit. Sekcja zwłok Ameryki


Autor: Charlie LeDuff
Tytuł: Detroit. Sekcja zwłok Ameryki
Tytuł oryginału: Detroit: An American Autopsy
Rok pierwszego wydania: 2013
Wydawnictwo: Czarne, Wołowiec 2015
Liczba stron: 296
Tłumaczenie: Iga Noszczyk

Przeczytane: 9 grudnia 2015
Ocena: ciekawa i z pewnością poszerzyła mi horyzonty

"Koniec końców mieszkaniec Detroit jest być może najważniejszym ze wszystkich Amerykanów, ponieważ nikt lepiej od niego nie wie, że wszyscy stoimy na krawędzi szybu."

 Wątpię, bym sama sięgnęła po "Detroit". Nie poruszam się tak sprawnie w dziedzinie reportaży, a jeśli sięgam po książki niefabularne, to zwykle traktują o czasach zdecydowanie niewspółczesnych, a ewentualnie o podróżach. Współczesny reportaż kogoś, kto urodził się w danym miejscu i opowiada przez pryzmat wspomnień, ale też swoistego śledztwa, w pełni nieprzypadkowego zbierania materiałów, to wśród moich lektur rzadkość. Może nawet mogłabym określić "Detroit" jako pierwszą tego typu lekturę? Jak trafiła w moje ręce? Wyciągnęłam ją ze Słoika Podrzutków. Jako pierwszą. Wiem już też, kto mi ją podrzucił ;) Dziękuję, Ag!

Jestem wdzięczna, bo dzięki niej poznałam zupełnie inne Stany niż te, które do tej pory jawiły mi się jako jedyne prawdziwe. Przyznaję – brałam swoje wyobrażenia głównie z produkcji telewizyjnych typu "MacGyver", "Airwolf", czy "Drużyna A". Nawet jeśli gdzieś, jakoś przebijały się do mnie inne opowieści o Ameryce, to tamta najwcześniej zakodowana wizja, wtłoczona łaknącemu kolorowego świata dzieciakowi, jakim z pewnością byłam, trzymała się na tyle mocno, że stanowiła swoistą osłonę, przez którą niewiele się przebijało. A na pewno nie na długo.

Tymczasem w "Sekcji zwłok Ameryki" – swoją drogą "Ameryki", czy pod tą nazwą pan LeDuff rozumie Stany Zjednoczone, czy cały kontynent? – dostaję wizję diametralnie różną. Nie ma już amerykańskiego snu, pozostał jego marny powidok, wspomnienie i autor stara się odnaleźć winnych tego stanu rzeczy. Oto przemysł samochodowy umiera, banki padają, ciągnąc za sobą klientów, a na ulicach króluje przestępczość. 

"On i podobni jemu dorośli faceci tworzą grupę, której wielką frajdę sprawia włóczenie się po pozostałościach budynków, robienie im zdjęć i zbieranie skrawków różnych różności, z których tworzą dziwaczne dzieła sztuki. W innych miastach taką funkcję spełniają turyści."

Przed lekturą nie miałam pojęcia o tym, że pierwsza z fabryk Detroit zbankrutowała już w latach pięćdziesiątych, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo to miasto się wyludniło, owszem, miałam ogólne pojęcie, ale dopiero "Detroit" to wszystko poukładało w moim umyśle. I liczby, a także opowieści o przerdzewiałych samochodach policyjnych, sprzedaży rur zjazdowych w remizach przez miasto, czy zwłokach czekających latami w kostnicy, by bliscy zdołali wreszcie odłożyć dość pieniędzy na pogrzeb nieco mną wstrząsnęły. 

Poza tym emocjonalny styl pana LeDuffa dobrze się czyta. Człowiek wchłania kolejne fakty i robi po prostu coraz większe oczy. Tu i ówdzie w Internecie spotkałam się z zarzutami, iż za dużo tych emocji autor włożył w tekst, ale to akurat wydaje mi się usprawiedliwione – w końcu opowiadał o swoim mieście, o miejscu, które go ukształtowało i które miało pełen prawo być dla niego istotne. Gdzieś tylko, w momencie, gdy opisywał swoją rodzinę i wydało mi się, iż pogubił się w babciach, stracił nieco na wiarygodności. No i jeszcze w tym fragmencie o kłótni z żoną zakończonej wezwaniem policji. Delikatnie rzecz ujmując, cała sytuacja wydała mi się dziwna i mająca wydźwięk inny niż próbował wykazać pan LeDuff. Nie polubiłabym go raczej, gdybyśmy się spotkali, ale cieszę się, że przeczytałam jego książkę. Dała mi nowe spojrzenie na Stany Zjednoczone i światową gospodarkę, nawet jeśli autor w pewnych momentach pisząc, zdawał się realizować swe marzenie o byciu bohaterem thrillera. Polecam choćby dlatego, że przełamuje nieco stereotypy. Moje w każdym razie przełamała.

"Nie miałem serca, by powiedzieć Dużej Marcie, że grób Clarence'a już w tej chwili jest grobem podwójnym, bo pod jej mężem pochowano ciało pewnego Polaka. Ale umieściłem ten szczegół w artykule, a stamtąd podłapał do i rozgłosił pewien były pracownik gazety, który teraz szukał szczęścia przy konsoli radiowej."

Co ciekawe, najpewniej po to, by utrwalić we mnie tę wizję Detroit – miasta upadłego – w tym samym czasie, w którym czytałam książkę, wpadłam niechcący na film Jima Jarmusha "Tylko kochankowie przeżyją". Szukałam rudych amantów w kinie i dostałam Toma Hiddlestona, mieszkającego w ponurym domu w opuszczonej części Detroit, który wozi swą żonę pustymi ulicami, pomiędzy pustymi fabrykami straszącymi otworami okien, który pokazuje jej zbrukane piękno sali koncertowej, z której zrobiono parking teraz też pusty. Film swoją drogą świetnie zrobiony w aspekcie zdjęć, muzyki, charakteryzacji. Zrobił na mnie wielkie wrażenie, jeśli chodzi o obraz. W aspekcie fabularnym może nie był czymś super wyjątkowym albo zajmującym, ale miał swoją poetykę, której autor scenariusza się trzymał i konsekwentnie ją moim zdaniem realizował. Zdecydowanie polecam całość, zwłaszcza, że para głównych aktorów – i Tilda i Tom – gra w mojej opinii świetnie. Zresztą Mia Wasikowska i John Hurt też robią swoje bardzo dobrze. Natomiast ten, kto określił ten film na Filmwebie jako horror, chyba nie oglądał tego samego filmu, co ja ;)


PS. Kolejna pozycja z Podrzutków to "Bracia Sisters" Patricka deWitta.

2 komentarze:

  1. Kurde no... chyba w końcu sięgnę po to "Detroit", bo brzmi całkiem miodnie :3 A potem sobie film też strzelę, a co! :D Jeśli nie dla reżysera, którego "Truposz" wciąż siedzi mi w głowie, to dla Johna Hurta. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm, mnie to też w sumie kusi. Chociaż gdzieś napatoczyłam się na jakąś recenzję tego i trochę ostudziło mój zapał. A film to i ja mam w planach, ale nie umiem oglądać filmów w domu, więc leży. No, ale może, kiedyś...

    OdpowiedzUsuń