Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 13 stycznia 2016

Rafał Kosik – "Kameleon"

Autor: Rafał Kosik
Rok pierwszego wydania: 2008
Wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2008
Liczba stron: 544

Przeczytane: 6 stycznia 2016
Ocena: wzbudziła ambiwalentne uczucia i wywołała mnóstwo myślenia

"[...]Czytałeś Społeczeństwo, a nic nie zrozumiałeś. Był tam jeden dobry przykład, trafnie obrazujący tę sytuację. Jak rodzic ma zmusić dziecko do połknięcia niesmacznej mikstury leczniczej? Pamiętasz?
– Obiecać mu cukierka – odparł ponuro Tedrunel.
– A jak już połknie i upomni się o zapłatę? Co wtedy należy zrobić? – Generał milczał, więc komisarz dokończył. – Powiedzieć mu, że nie dostanie cukierka, bo od nich psują się zęby."

Jak widać, fakt zmiany daty nie wpłynął na moje postanowienie przeczytania pożyczonych książek. Jestem nieco spóźniona, ale nie mniej dzielna. Ostatnią wylosowaną ze słoika w roku 2015 pozycją był "Kameleon" Rafała Kosika. Dość długo czekał bym się za niego zabrała, bo w paradę wszedł mi Jego Łaskawość Diuk Ankh komendant sir Samuel Vimes. To z nim spędziłam święta i zaliczam je do bardzo udanych. Z pewnością poświęcę cyklowi o Straży odrębną porcję wynurzeń, ale nie o tym teraz.

Po sporej i mocno emocjonalnej dawce pana Pratchetta dość trudno mi się było przerzucić na zupełnie inny styl pana Kosika. Styl rejestrujący, przejrzysty i w porównaniu do sir Terry'ego dość suchy. Mniej więcej do połowy czytałam raczej z poczucia obowiązku i może trochę pod wpływem przeczucia, że wszystko, co czytam, to tylko przykrywka: gdzieś pod skórą i pomiędzy wierszami czułam powiew czegoś epickiego. W połowie przyszły mi do głowy rozwiązania – wymyśliłam o co może w tym chodzić. To był dodatkowy bodziec – teraz już musiałam czytać szybciej, bo napędzała mnie ciekawość, czy mam rację. Nie miałam i nie mogę powiedzieć, bym stanowiło to powód do narzekań.

"– Sfera niebieska nie istnieje. To wymysł małych, zabobonnych umysłów. Ziemia jest glinianą kulką zawieszoną w nicości i nieznanymi siłami zmuszoną do obiegania ognistej kuli Słońca. Wokół nas jest wielka pustka, a gwiazdy to inne słońca z innymi ziemiami, bądź nawet całe stada, ławice słońc."

Największym problemem, jaki miałam w trakcie lektury, byli bohaterowie. Spośród mieszkańców planety Ruthar Larcke, jedynym, który wzbudził moje emocje był Noan i co znamienne były to emocje negatywne. W skrócie: miałam ochotę chłopaka rozszarpać. Z kolei załoga USS "Ronald Reagan" została bardzo szybko zredukowana z pięciu do praktycznie dwóch osób i miałam wrażenie, że widuję ich ciągle w tych samych sytuacjach, a ponadto widuję rzadko, gdyż zdecydowanie większa część czasu antenowego przypada powierzchni planety, nad którą przybywa statek ratunkowy. Oczywiście ma to uzasadnienie w fabule, jednak nie pozwoliło mi się ani do nich przywiązać, ani nimi zbytnio przejmować, choć sytuacji i konieczności radzenia sobie z nią ani trochę im nie zazdroszczę i potrafię sobie wyobrazić jej grozę.

Z kolei to, co dzieje się na planecie jest dziwne, pospieszne, chaotyczne. Decyzje polityczne, zmiany społeczne, osobiste sprawy bohaterów załatwiane są jakby od ręki, ich uzasadnienia zdają się płytkie. Cały czas miałam niedosyt treści, wszystkiego dowiadywałam się z dialogów, wydarzenia były skondensowane w taki sposób, iż miałam wrażenie, iż to, co powinno zająć lata, autor zmieścił w tygodniu. Przyznaję – męczyłam się.

A potem pan Kosik zaczął powoli podnosić kurtynę – odsłaniać tajemnicę. Niby ja-czytelnik od początku wiedziałam, że coś musi być nie tak, skoro z dwunastki eksploratorów po czterystu latach na planecie rozwinęły się kilkusettysięczne społeczeństwa zdolne prowadzić wojny, obalać królów, budować maszyny parowe, a jednak i tak irytowałam, czytając, dopóki wraz z ostatnim rozdziałem nie poznałam całej prawdy.

"– Musimy zaczekać jakieś trzy godziny – powiedział Hood, dotykając szybką swojego hełmu do hełmu Jayde. – Potem oni umrą."

Ostatnim i jednocześnie zupełnie innym rozdziale. Innym pod względem stylu, innym, jeśli chodzi o bohaterów, ale także ich budowanie, innym wreszcie pod względem emocji. Moich także. Niesamowite mi się wydało jak bardzo sposób prowadzenia narracji na planecie – pośpiech widoczny nie tylko w samych wydarzeniach, ale w sposobie ich opisu, jakby skrótowym, pobieżnym – korespondował z faktami z zakończenia.

Miałam uczucie, jakby ten ostatni rozdział powstał na samym początku. Jakby z opowiadania rozwinął się pomysł na powieść. Jakby autor podjął grę w szukanie możliwych konsekwencji takiego, a nie innego zakończenia historii dwunastoosobowej załogi statku eksploracyjnego, który ląduje na pustej planecie porośniętej osobliwymi stworzeniami, które tak trudno jest zbadać, nie mówiąc o zrozumieniu, choć niby budową komórkową nie różnią się zbytnio od ludzi. I z tych rozważań nad konsekwencjami narodziły się społeczeństwa Enagoru i Sinevaru, wciągnięte w stałą bezsensowną wojnę, jak mrówki z hodowli sali rekreacyjnej na USS "Ronald Reagan".

"Same egzekucje go nie zajmowały, patrzył na nie z jednej tylko przyczyny – podium znajdowało się na przedłużeniu uliczki, stanowiącej najkrótszą drogę do pracowni mistrza Pasco. Spektakl zabijania był urozmaiceniem, ale młody astronom nie potrafił się emocjonować tym zjawiskiem."

Uderzające jest to, że w tym kopiowaniu ludzkości, w tym odtwarzaniu ziemskiej historii, jakby na przyspieszonym podglądzie, dominowały uczucia negatywne, dominowało to, co w jednostce i społeczeństwie mroczne, ponure, zwyczajnie złe. Czy naprawdę tacy jesteśmy? Czy tylko w podręcznikach historii więcej uwagi poświęcamy siłom niszczącym, miast budującym? Jakie książki czytała bez przerwy Ilsa? Czy to, co się stało na Ruthar Larcke to efekt trudności okresu dojrzewania? Tego czasu, gdy nieraz trudno jest zapanować nad uczuciem beznadziei, przygnębienia, a wszystko dookoła jawi się jako złe i smutne? Nie wiem, nie mam pojęcia, czy nie idę za daleko, ale jedno muszę powiedzieć – myślę o tej książce codziennie od przeczytania, a zaraz po jej odłożeniu nie mogłam się zdecydować, czy ona mi się bardzo podoba, czy też wręcz przeciwnie. Teraz zaś jestem pewna jednego – cieszę się, że brat mi ją wcisnął i znalazła się w słoiku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz