Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 10 lutego 2016

Magia Sir Terry'ego

Okładka wybrana w myśl zasady: BO TAK!
Okazuje się, że jestem jednak organicznie niezdolna. Jakby sama świadomość, że założyłam regularność blokowała mi mózg. A przecież na Trekowym Blogasie się udaje. Widocznie Fraa ma na mnie taki wspaniały wpływ. Tymczasem jest środa wieczór. Ta środa wieczór. A ja nie mam wpisu. Nie mam też żadnej konkretnej książki, o której chciałabym napisać. Pozycje wyzwaniowe się czytają, ale ciągle coś im przeszkadza. Głównie pochwalę się, a co! przeszkadza im pisanie. Bo ostatnio mocno się wzięłam za działanie twórcze i już niedługo będę się chwalić bardziej. Ale i czytanie mi czasem przeszkadza. Na przykład taki pan Pratchett...

I tak sobie myślę, że może właśnie o tym się powynurzam dzisiaj? O panu Pratchetcie i o tym, że ja tak bardzo późno do niego dojrzałam, a gdy już dojrzałam to moje czytanie cyklu o Straży Miejskiej Ankh-Morpork cofnęło mnie w czytelnicze czasy dawne? 

Tak. Zrobię to. Może nawet się przyznam, że od kilku dni podejrzewałam, że to się tak skończy. Wierci mnie sir Terry i potrzeba obwieszczenia światu po raz kolejny, że ja uwielbiam Sama Vimesa. Uwielbiam jego cygaro. Uwielbiam jak się opiera o framugę. Uwielbiam jego podejście do małżeństwa i jego szacunek dla prawa. I fakt, że ściany korytarza przed gabinetem Patrycjusza są pokryte śladami po uderzeniach jego pięści. I zapewne jest jego zasługą, że gdy zaczynałam czytać kolejną książkę cyklu, to nie byłam w stanie przerwać zanim nie dotarłam do końca. A kiedy dotarłam do końca to siedziałam potem z nią w rękach i głaskałam okładkę. I chciałam więcej. 

Ale nie oszukujmy się. Oczywiście, że Sam Vimes jest ważny. Ale Sama przecież by nie było, gdyby nie sir Terry, którego dar obserwacji, analizy i wyciągania wniosków, a także geniusz, który mu pozwolił tak pięknie to wszystko przenieść na karty powieści podziwiam z całego serca. Pan Pratchett wykreował świat ogromnie bogaty, niby obcy, a taki jednak znajomy. Czym się różni od naszego? Tym, że mimo wszystkich złych ludzi, wydarzeń i planów Pratchettowi bohaterowie ogarniają chaos, podejmują właściwe decyzje i zwyciężają. Bo tak, ale nie bez wysiłku i nie z powodu jakiegoś nieokreślonego deus ex machina. I bardzo dobrze, że zwyciężają, bo człowiekowi potrzebna jest wiara w miejsce, gdzie dobro jest górą. Gdzie w jakiś pokrętny sposób mimo Skrytobójców, Wampirów, Wilkołaków, Starożytnych Potworów Przechodzących z Innego Wymiaru, mimo pana Tulipana i innych niebezpieczeństw jest tak naprawdę przynajmniej dla czytelnika bezpiecznie. 

"Człowiek całe życie intryguje, negocjuje, daje i bierze, smaruje skrzypiące koła i ogólnie robi, co może, by ten stary i poobijany świat nie rozpadł się na kawałki. A teraz, z powodu muzyki, Vimes, z powodu kawałka muzyki kilka bardzo potężnych krajów zgodziło się działać wspólnie, by rozwiązać problemy innego niezawisłego kraju i niemal niechcący jednym pociągnięciem zmienić niektóre zwierzęta w ludzi. Potrafisz to sobie wyobrazić, Vimes? W jakim świecie coś takiego mogłoby się zdarzyć?" (Niuch)

Ponadto czytelnik może całkowicie autorowi zaufać także w innej kwestii. Otóż sir Terry nigdy niczego nie odwołuje. Jeśli jego bohater coś zrobił, miał jakiś pogląd, cechę charakteru, to jeśli cokolwiek z tego pojawi się w późniejszym tomie, będzie takie samo, albo wyewoluuje w coś prawdopodobnego, w jakiś naturalny kolejny etap rozwoju. Pan Pratchett potrafił wznosić budowle, dobudowywać kolejne piętra, ozdobne wykusze czy kolumienki i to wszystko jest stabilne, bo on stale pamiętał o fundamentach. A to naprawdę ważne, bo nie ma nic bardziej irytującego, niż odkryć, że bohater, którego się polubiło nie jest już tą samą osobą i nie istnieje nic, co mogłoby to wyjaśniać.

"Jednak Marchewa naprawdę wierzył, że osobiste nie jest tym samym co ważne. Oczywiście, Vimes również w to wierzył. Miał tylko nadzieję, że kiedy przyjdzie co do czego, zachowa się właściwie. Jednak ktoś, kto nie tylko wierzy, ale i żyje wedle tej zasady, wzbudzał lekki dreszcz. Było to niepokojące jak spotkanie z naprawdę ubogim kapłanem." (Bogowie, honor, Ankh-Morpork)

A bohaterów tworzy różnorodnych, ale jednako interesujących, wiarygodnych i po prostu żywych. Potrafią spojrzeć na siebie z boku, potrafią się ocenić i docenić, potrafią wyjść poza swoje zwyczajne zachowanie, zdobyć się na odwagę, podjąć trudną decyzję. Drobnymi szczegółami sir Terry dodaje im realności, powoduje, że czytelnik się nimi przejmuje, że się martwi, że wierzy w nich, a także w ich relacje, w to jak siebie nawzajem traktują, co o sobie nawzajem myślą. Dla mnie pan Pratchett jest mistrzem obyczajowego wykorzystania fantastyki. Przykładem niech będzie związek Angui i Marchewy. Związek wcale nie oczywisty i tak naprawdę cholernie trudny dla obydwu stron. Albo taka kwestia, jak to, kto może się uważać za człowieka.

"Golem kulił się pod ścianą. Zasłaniał się tabliczką, na której było napisane:
JESTEM WART 530 DOLARÓW.
– Pieniądze? – odezwał się jeden z mężczyzn. – Tylko o tym potraficie myśleć.
Tabliczka rozpadła się od uderzenia.
Chciał podnieść młot do kolejnego ciosu. Kiedy narzędzie nie drgnęło, mężczyzna niemal wykręcił salto do tyłu.
– Tylko o pieniądzach można myśleć, kiedy wszystkim, co masz, jest cena – odezwał się spokojnie Marchewa, wyjmując mu młot z dłoni. – Co tu wyczyniasz, przyjacielu?" (Na glinianych nogach)

I absolutnie genialna emancypacja krasnoludzkich kobiet. Sir Terry jest niepodważalnym dowodem, że można dawać do myślenia, niejako nauczać, wpływać na poglądy czytelnika, a jednocześnie cały czas go bawić bo przecież nieważne za co się pan Pratchett akurat wziął, czy za kryminał, czy za podróże w czasie, czy za smoki, czy za wątki społeczne robił to tak samo wciągająco i dobrze. Z dbałością o szczegóły i czymś, co określiłabym jako niepodrabialną Pratchettową mieszankę przypraw. I czytelnik dostawał bajkę. Dla dorosłych, ale z zakończeniem, które co chyba trochę przykre przywykliśmy kojarzyć z bajkami dla dzieci.

Czytam te bajki z zapartym tchem, nie mrugam, przeliczam niespokojnie kartki, jakie jeszcze przede mną. Czasem odkładam na chwilę, gadam do siebie i do bohaterów. Czasem wracam i czytam drugi raz ten sam fragment, to samo zdanie, a potem trzeci i czwarty. Czasem otwieram po kilku dniach już przeczytaną i szukam konkretnego miejsca. Żal mi je oddawać do biblioteki. Chcę mieć swoje. Jest jak wtedy, kiedy byłam w szkole podstawowej i w kółko czytałam "Muszkieterów" i "Hrabiego Monte Christo", albo trochę później "Dzikuskę" Ireny Zarzyckiej. Co z tego, że znam je już na pamięć, jak ciągle ten sam dreszcz towarzyszy lekturze? I tak, choć zostało mi jeszcze mnóstwo "Świata Dysku" do przeczytania, to ogromnie mi żal, że nie będzie nowych książek. Całe szczęście, że nie istnieje taka siła, która by mi mogła przeszkodzić w czytaniu ich od nowa i od nowa i od nowa.

1 komentarz:

  1. Istnieje jeszcze nadzieja, że za jakiś czas wszystko Ci się pomiesza, zapomnisz o szczegółach w nawale książek, które czytasz, i wtedy po raz kolejny siądziesz do któregoś z tytułów, które czytałaś już milion razy i wtedy odkryjesz coś zupełnie nowego ;) Win! c[_]!

    OdpowiedzUsuń