Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 24 lutego 2016

Tomasz Pacyński – "Smokobójca"

Autor: Tomasz Pacyński
Rok pierwszego wydania: 2006
Wydawnictwo: Fabryka Słów, Warszawa 2009
Liczba stron: 387

Przeczytane: 12 lutego 2016
Ocena: fajna lektura na wieczór

"– Smok, powiadacie... – mruknął Arnold przyciśnięty wreszcie do muru. – Wiecie, panie, ze smokiem jest problem...
Istotnie, był problem. Oficjalnie smok nie istniał. Nie wspominano o nim, o straty w pogłowiu owiec i bydła nieodmiennie oskarżano wilki i złodziei."
 
Skąd tak książka na mojej półce pożyczonych? Bo leżała u brata i bo tytuł i okładka. Lubię smoki. A ten gość... Robi wrażenie, ot co! No dobra – myślałam, że będzie o krasnoludzie *wchodzi do torby wstydu* W sumie to nawet nie wiedziałam, że w środku będą opowiadania. Przyznaję, że pierwsze i kolejne wydania tego zbioru przypadły na okres, kiedy znacznie zmalało moje zainteresowanie fantastyką. Owszem, wracałam czytelniczo do sprawdzonych tytułów, ale nie sięgałam po nowe rzeczy – po prostu miałam przesyt i wolałam poczytać Halika.

Książkę porwałam bratu spontanicznie, a gdy odleżała swoje (będzie ze dwa lata) wreszcie przeczytałam. Praktycznie w dwa wieczory. Wtedy właśnie okazało się, że to zbiór opowiadań i do tego podzielony na dwa podzbiory. Ogromnie trudno się o nich pisze ogólnie, bo są bardzo różne, a tylko pierwszy – z czterema opowiadaniami – należy do cyklu o smokobójcy, sir Rogerze z Mons. Ta pierwsza czwórka to takie przyjemne, nieco zabawne czytadełka. I od razu zaznaczam, że nie mam zwyczaju używać tego słowa w negatywnym znaczeniu. Po prostu to takie teksty do zabawy. Owszem, można się pod przykrywką żartu doszukać głębszego spojrzenia na układy społeczne, jakąś tam sprawiedliwość, zasady i honor, ale mam ochotę zapytać: po co? Skoro wystarczy, że w opowiadaniu numer jeden poczułam się zaskoczona rozwojem akcji, w opowiadaniu numer dwa wcale niewyszukany dowcip na koniec ubawił mnie do łez, w trzecim przypadł mi do gustu smok, a w czwartym filozofia Arnolda von Egger. Rozrywka na niezłym poziomie. Po prostu. 

"Na co czekasz, na podziękowanie, pomyślał niechętnie. Przecież to niedojda. Ludzkiej mowy nawet nie zna.
Brzydka dziewczynka spojrzała mu w oczy. I wtedy setnik Wilfried pojął, że do podziękowań nie są potrzebne słowa." 

Kolejne trzy opowiadania spięte są w zbiorek tytułem pierwszego "Komu wyje pies" i nie stanowią cyklu. Łączy je co innego niż osoba bohatera – mianowicie nastrój. Jest ponuro, jest dość depresyjnie i bywa, że nie ma nadziei. Przyznam, że ta druga część mocniej zapada w pamięć. Zdecydowanie najmocniej przemówiło do mnie ostatnie: "Mała brzydka dziewczynka". Od pierwszego akapitu, pierwszej mini zmyłki, aż do końca. Ogromnie przypadły mi do gustu postacie. Zwłaszcza setnik. Lubię bohaterów, którzy są po prostu pozytywni. Tak , bez zbędnej ideologii. 

"Komu wyje pies" zdaje mi się w pewnym miejscu pisane na szybko. Początkowo wszystko jest podane dokładnie, bohaterowie dostają wiele miejsca, by się przedstawić, czasem odnosiłam wrażenie, że się nieco powtarzają, a potem zasadniczy moment rozwiązania pojawia się w formie przeskoku i wyjaśnień w rozmowie z kimś innym. Niby dynamika, niby zaskoczenie, ale jednak ja wolałabym, żeby było w całości. Wolno – jak wcześniej. Trochę to wyglądało jak pisanie pod limit znaków. I mówię to, wiedząc o czym mówię. Dowód? Na pasku po prawej jest odnośnik do umieszczonego tutaj tekstu pisanego pod limit konkursu Wolsungowego. Łzy, pot, zgrzytanie zębów i mnóstwo bluzgów pod własnym adresem. No i świadomość, że to nie jest dobre opowiadanie. I stosowanie myków z przeskokami czasowymi, bo nie ma miejsca na wszystko. I dla mnie historia  Claymore'a Ramireza tak właśnie pachniała. Jak limit znaków. No i jeszcze trochę mi pachniała "Sherwood" tego samego autora. Motywy wizjonerskie tak dokładnie pachniały. 

"Wstrząsnął się. Od słodkawego zapachu zaczynało mu się kręcić w głowie. Myśli poczynały się rwać. Zapłonęła następna garść wysuszonych listków i łodyżek, tuman unoszący się nad płonącymi żagwiami zgęstniał, jego woń stała się ostra i dusząca. Dym począł ścielić się nisko, ciężki i lepki, otulał siedzące postaci, wspinał się białymi, prawie dotykalnymi pasmami do ust i nozdrzy. Ramirez przez chwilę wstrzymywał oddech, oczy mu łzawiły, nie widział już prawie świeckiego brata, jego postać rozmywała się w opalizujących, przewietlonych płomieniami kłębach, które zdawały się przybierać fantastyczne, niespotykane kształty."

Środkowe opowiadanie drugiego podzbioru to prozatorska (i do tego w klimacie fantasy rodem z Wiedźmina) wersja wiersza pani Szymborskiej. Jest jakoś słodko-gorzko i jest rzewnie i z założenia urwanie. W sumie dobrze, że to nie było ostatnie opowiadanie całości zbioru, bo bym skończyła lekturę w bardzo niefajnym nastroju.

Co mogę powiedzieć ogólnie? Nie żałuję czasu na nią przeznaczonego, może nawet będę miała ochotę kiedyś przeczytać "Małą brzydką dziewczynkę" raz jeszcze. Spędziłam czas przyjemnie, czasem śmiałam się do rozpuku – taki na przykład opis toczących się w przeciwne strony jaj... – czasem autor pacnął mnie negatywną emocją, a przede wszystkim mam wrażenie, że choć cykl o smokobójcy już zlał mi się w jeden niewyraźny obrazek, to pozostałe trzy teksty zapamiętam na dłużej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz