Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 23 marca 2016

Stanisław Lem – "Opowieści o pilocie Pirxie"

Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Opowieści o pilocie Pirxie
Rok pierwszego wydania: 1968
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005
Liczba stron: 341

Przeczytane: 14 marca 2016
Ocena: wchłonęła mnie

„Pirx chciał zapalić papierosa – prawie wszyscy palili i widać było, jak dym sinymi pasmami leci w górę, wsysany zaraz przez wyloty odpowietrzników wentylacyjnych. Szukał po wszystkich kieszeniach i nie mógł znaleźć. Ktoś – nie wiedział nawet kto – wsunął mu w dłoń otwartą paczkę. Zapalił.” (ALBATROS)

Chcę napisać o Pirxie głównie z jednego powodu, który uważam za ważny. I w związku z tym będzie parę słów wstępu. Otóż zawsze dziwiłam się, gdy słyszałam od kogoś, iż szkoła obrzydziła mu czytanie, zniechęciła, generalnie zrobiła jakąkolwiek krzywdę w dziedzinie literatury. Bo mnie czytanie kojarzyło się ze szkołą. Biegłam radośnie przez szkolną bibliotekę, a gdy stała się za ciasna zapisałam się do miejskiej. W liceum ze szkolnej praktycznie nie korzystałam – do wszystkiego miałam dostęp gdzie indziej.

Tymczasem, jak się okazało szkoła jednak zrobiła mi krzywdę. W Lema. Nie pamiętam zbyt dobrze, czy to była czwarta, czy piąta klasa podstawówki, kiedy śmiertelnie znudził mnie fragment lotu w pustej przestrzeni kosmicznej z udziałem pilota Pirxa. Czy ja „Opowieści o pilocie Pirxie” zakwalifikowałam wtedy jako książkę dla dorosłych, czy zwyczajnie uznałam, że kosmosy to nie dla mnie (choć przecież w tym samym czasie po telewizyjnej projekcji „Gwiezdnych Wojen” trwał u mnie totalny szał na wszystko, co dotyczyło tej serii), nie mam pojęcia. Grunt, że sobie dorastałam w świadomości, że Lema nie lubię. Krótkie doświadczenie z Pirxem stało się podstawą nieładnej generalizacji. Lat przybywało, weszłam w wiek jakby nie było średni, a niechęć do twórczości pana Lema trwała. Tyle, że coraz częściej tu i ówdzie (od ludzi, którym ufam, pozdrowienia dla Ulva!) słyszałam, że nie mam racji, albo przynajmniej, że jemu Lem się podoba. Przyszedł moment, że ta nieznajomość podstaw rodzimej science-fiction zaczęła mnie gnieść. Mocniej i mocniej, już gryzło, kuło i w końcu postanowiłam się zmierzyć z demonami dzieciństwa. Po czym po prostu zakochałam się w Pirxie od pierwszego wejrzenia.

„Tak więc sława ominęła Pirxa – ale on wcale się tym nie martwił. Nawet za sztuczny ząb, który wstawił sobie na miejsce wybitego kolanem, zapłacił z własnej kieszeni.” (PATROL)

Pirx jest bohaterem tak bardzo dla mnie! Dobry, rozsądny, z jasnymi zasadami moralnymi. I bynajmniej nie nudny. Ujmuje mnie to, jak robi to, co trzeba, jak trzyma się zasad, jak nie waha się podejmować decyzji. Wspaniałe jest to, że opowiadania pokazują go na różnych etapach życia. Mamy Pirxa kadeta, Pirxa młodego pilota, Pirxa z doświadczeniem, Pirxa zbliżającego się do emerytury, wybieranego na eksperta w poważnych sprawach. Jest bohaterem pełnym, żywym, dojrzewającym, lecz nie zmieniającym się w samej swej istocie. Ale Pirx to nie jedyna moc opowiadań Lema.

„Pirx, rozcierając pozieleniałe dłonie, patrzył, jak jeden z oświetlonych upiornie, strzelistych minaretów, które, jakby za dziwnym kaprysem budowniczego, wznosiły się pośrodku okolonej wzgórzami kotliny, odrywa się od ziemi, jak stojąc na kolumnie ognia poczyna majestatycznie iść w górę, a kiedy grzmot stał się materialną siłą, wypełniającą przestrzeń, zobaczył przez szpary między palcami dalekie wieże, budynki, cysterny, obwiedzione brylantową aureolą; szyby kapitanatu rozbłysły, jakby szalał za nimi pożar, wszystkie kontury zaczęły falować i giąć się w rozżarzonym powietrzu, a sprawca tego widowiska, rycząc triumfalnie, znikał już na wysokości, pozostawiwszy w dole ogromny, czarny krąg dymiącej ziemi.” (TERMINUS)

Dziewięćdziesiąt pięć słów. Tyle ma powyższe zdanie. Poezja w prozie. Nie każdy potrafi tak pisać, a pan Lem potrafił. Tak więc czytałam sobie te opowiadania i delektowałam się nie tylko treścią, ale i formą. To pewnie dzięki ich połączeniu spociły mi się oczy przy akcji ratowania Albatrosa, czułam wysiłek mięśni podczas wspinaczki, irytowałam się na rozprawie, zapamiętałam Momssena i tak bardzo chciałabym o nim wiedzieć więcej.

Każde z opowiadań pochłaniałam z jednakim zainteresowaniem i fascynacją, z chęcią poznania tajemnicy, rozwiązania zagadki, ale i radością zatapiania się w rozpracowany, konkretny świat przyszłości, która choć wciąż nie nadeszła, to nadal wydaje się całkiem prawdopodobna. Bo właściwie czemu nie?

„Było mu niezbyt wygodnie. Żebrowana ścianka aluminiowa gniotła w plecy, a powietrze uciekło całkiem z poduszki nadymaka i czuł, jak w pośladki wpijają mu się gumowaną tkaninę ostre mutry konstrukcji. Mimo to nie zmieniał pozycji, ponieważ niewygoda jej dziwacznie godziła się z rosnącym gniewem, jaki w nim wzbierał.” (WYPADEK)

Lubię bardzo sposób w jaki Lem wprowadza mnie w tę swoją przyszłość. Ani razu nie poczułam się zagubiona, w żadnym miejscu nie wpadłam w jakąś dziurę bez wyjaśnień, oczywiście nie mam pojęcia na ile to wszystko było czytelne wtedy, gdy powstawało. Nie cofnę się pięćdziesiąt lat wstecz i nie sprawdzę, ale bardzo jestem szczęśliwa, że mogłam z Pirxem i jego światem obcować teraz.

„W następnej chwili gnałem do sterowni. Tak to się tylko mówi, w rzeczywistości poruszałem się tylko tak szybko, jak to jest możliwe, kiedy całe przyspieszenie dają człowiekowi chwyty rąk i odbijanie się nogami od występów ścian lub stropu; sterownia, gdy się do niej wreszcie dostałem, była jakby wychłodła, światła pulpitów wygaszone, kontrolki stosu ledwo się żarzyły jak robaczki świętojańskie ze snu i tylko ekrany radarów pulsowały nieustannymi obrotami promieni wodzących; już od drzwi patrzyłem na lewy.” (OPOWIADANIE PIRXA)

Co równie ważne, pan Lem nie ogranicza się do akcji i kosmosów. A właściwie jeszcze inaczej – trudno się oprzeć wrażeniu, że to wszystko to jedynie tło dla przemyśleń w temacie ludzkich możliwości, ludzkiej psychiki, reakcji w kontakcie z nieznanym, bądź innym. Odpowiada mi bardzo takie science-fiction – połączenie zabawy, rozrywki, uczty czytelniczej i kopa do myślenia, do szukania odpowiedzi w temacie, a co ja bym zrobiła? Samotność pilotów w obliczu kosmosu, konieczność radzenia sobie w najdziwniejszych sytuacjach, zmiany, które sam Pirx, należący do starej szkoły, obserwuje. Czy można ufać maszynom? Czy można traktować je na równi z człowiekiem? Czy wypada traktować je inaczej? Czy osobowość sztucznie stworzona przez człowieka jest mniej ważna od tej, której nosiciel narodził się zgodnie z prawami natury? I co począć z faktem, iż maszyny w wielu aspektach znacznie wytrzymalsze od człowieka, mogą stanowić dla niego zagrożenie?

„Pewno – dobre jest wtedy to, co odwraca uwagę, ale dla mnie przynajmniej najlepsze są właśnie te inne gwiazdowe historie, czytankowe, bo w nich wszystko, z całym Kosmosem, staje się takie poczciwe… To poczciwość dla dorosłych, więc tam są katastrofy i morderstwa, i inne okropności, ale jednak poczciwe, niewinne, bo od początku do końca skłamane: próbują straszyć, a człowiek się tylko uśmiecha.” (OPOWIADANIE PIRXA)

No i jest jeszcze coś, co w tych opowieściach przewija się stale, co w sumie dopiero kilka dni po zakończeniu lektury do mnie w pełni dotarło – wciąż to człowiek jest mocą sprawczą, mocą pchającą ku dobru, bądź złu. Nie mam tu na myśli świadomych decyzji, obiektywnie ocenianych jako dobro, bądź zło, ale same efekty nieraz obojętnych, bądź podejmowanych w dobrej wierze działań.

„W ostatecznym rachunku uratowało nas więc nas, a jego zgubiło – moje niezdecydowanie, moja ślamazarna „poczciwość”, ta „poczciwość” ludzka, którą tak bezgranicznie gardził.” (ROPRAWA)


Jeśli ktoś z Was jeszcze nie sięgnął po Pirxa. Polecam szczerze. Z całym dobrodziejstwem może nieco przykurzonej, ale moim zdaniem wciąż lśniącej pięćdziesięcioletniej S-F. Warto bardzo.

1 komentarz:

  1. Aż żeś mi przypomniała o nim i faktycznie mam ochotę. Miałam w tym roku sci-fi i fantasy nie ruszać, ale to w końcu Lem.

    OdpowiedzUsuń