Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 17 kwietnia 2016

Siem słucha: Christina Pluhar i L'Arpeggiata

Źródło: strona NOSPR
Dziś będzie nie o książkach, nie o filmach, nie o pisaniu. Może być, że będzie trochę o źródłach natchnień, a na pewno będzie osobiście.

Kiedyś dawno temu (choć może nie tak dawno, ale przecież dawno, jeśli za miarę czasu weźmie się zmiany i ilość wydarzeń, jakie nastąpiły pomiędzy jednym a drugim punktem) pracowałam sobie w jednym takim miejscu i mniej więcej raz do roku mieliśmy spotkanie pracowe, takie jakby integracyjne – grill, drewniane ławy, piwo i te sprawy. Wszystko na parkingu usytuowanym pomiędzy szkolnym boiskiem a cmentarzem. Czasem była muzyka na żywo, a czasem muzyka z głośników. Nie pamiętam w którym roku szef przejął sterowanie sprzętem i ponad cmentarzem i boiskiem na przemian niósł się głos Edith Piaf i coś jeszcze. Coś, czego nie znałam a co mnie zauroczyło, kazało wybijać rytm stopami, palcami u rąk, wreszcie niemal całą sobą, tak że siłą powstrzymywałam się wtedy, żeby rozluźnienie wywołane nocą i procentami nie kazało mi wstać i tańczyć. Nie wydaje mi się, żebym z kimś podzielała tę fascynację – poza szefem oczywiście. Nawet jeśli komuś jeszcze się podobało, to puszczane w kółko zaczęło irytować. Mnie nie. Ja wyszłam z tej imprezy z pożyczoną płytą pod pachą. To była La Tarantella: Antidotum Tarantulae  zespołu L'Arpeggiata. 

Słuchałam jej głównie w samochodzie, bo mąż fascynacji też nie podziela. Na szczęście dla mnie z tamtego czasu moja praca wymagała wtedy codziennych podróży. Słuchałam, wybijałam rytm na kierownicy i na pedałach, co zapewne niezbyt dobrze świadczy o moim zdrowym rozsądku. Czasem zapominałam się zupełnie i śpiewałam – nie rozumiejąc słów, fałszując straszliwie i za nic nie potrafiąc się powstrzymać. 

Z czasem poznałam inne płyty zespołu, a fascynacja nie minęła. Znamy się zapewne ponad dziesięć lat. Ja i L'Arpeggiata Christiny Pluhar. Nasze kontakty są raczej intymne – ratuję męża od szaleństwa używając słuchawek. Nie jestem typem, który się zna na muzyce. Wiem, jak wygląda gitara, choć zapewne nie byłabym w stanie powiedzieć, czy jakaś przypadkowa pokazana mi jest klasyczna, czy inna. Nie potrafię rozróżnić skrzypiec od altówki. Nie mam zatem pojęcia, jak się nazywają instrumenty, na których czarują członkowie zespołu. Mogłabym oczywiście wyciągnąć całą potrzebną wiedzę z czeluści Internetów albo i po staremu z Biblioteki. I może nawet kiedyś to zrobię, gdy zbraknie mi słów, a uznam, że są mi potrzebne. Potrafię szukać i znajdować. Tymczasem jednak – po prostu słucham.

W styczniu spadła na mnie na facebooku (proszę, takie pożytki fejsowe!) wiadomość, że w kwietniu L'Arpeggiata zagra w Katowicach koncert z ich nowej płyty: L'Amore innamorato. Nawet nie było etapu zastanawiania się. Po prostu kupiłam bilet. Między pojawieniem się informacji na moim ekranie, a zakupem minęło może dziewięćdziesiąt sekund. A potem czekałam. I czekałam. Nawet zdążyłam zapomnieć, że czekam, ale czekałam. Etap pierwszy – podróż pociągiem do Katowic (bo po co się frustrować parkowaniem przed takim wydarzeniem) zakończyła się sukcesem, gdy trafiłam pod budynek Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. W sumie to patrząc na jego ogrom i usytuowanie w naprawdę charakterystycznym miejscu Katowic, nie mam pojęcia czemu się bałam, że nie trafię. Ale się bałam, bo lubię sobie wyszukiwać problemy, nawet jeśli ich nie ma. Przyznam, że humor mi nie dopisywał przez cały dzień. Miałam nawet uczucie, że to zły dzień na koncert. Głupie uczucie, jak się szybko okazało.

Dziesięć osób na oświetlonej scenie. Ogromna sala – na mnie, która raczej nie bywam w tego typu miejscach, wrażenie zrobiła spore – nie wiem, czy wypełniona po brzegi, czy nie, bo po prostu całej nie widziałam. I widownia, czyli my – słuchacze. 

Nie wiem, jak opowiedzieć muzykę. Ja ją wchłaniam, boję się, że coś uronię, więc siedzę sztywno, nie ruszam się, prawie nie oddycham. Nie potrafię się zrelaksować i zamknąć oczu – próbowałam, nie wychodziło. Ale w pewnym momencie muzyka wygrała, nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam wybijać rytm palcami. Bezdźwięcznie, najpierw tylko prawą ręką, potem obiema. Potem stopy przestały mnie słuchać. Na lewo ode mnie siedział młody mężczyzna, kątem oka zobaczyłam, że dzieje się z nim to samo, co ze mną. Na prawo – młoda kobieta, bardzo ładna, ubrana niezwykle elegancko. Ta siedziała spokojnie. Inaczej przeżywała muzykę. Co ją ze mną łączyło? Niechęć do braw. Czułam wokół mnie taką potrzebę, narastającą w słuchaczach, potrzebę nagrodzenia zespołu oklaskami. I czasem nawet im się to udawało. Zaczynali klaskać i magia na moment znikała. Oklaski nie pozwalały muzyce wybrzmieć do końca, nie pozwalały jej stać się ciszą i powrócić, urosnąć znów do częstotliwości, którą już nie tylko się czuje, ale i słyszy. Ta cisza pomiędzy poszczególnymi utworami była potrzebna, jak oddech. Za każdym razem, gdy ktoś porwany innymi niż moje potrzebami wyrażenia zachwytu, zaczynał klaskać kuliłam się w sobie. Coś w środku mnie w żołądku i sercu prosiło: nie! Tak, jak za każdym razem, przy każdym uderzeniu w membranę bębna, przy każdym szarpnięciu strun, moje wnętrze wpadało w rezonans z tym, co działo się na scenie. 

Było pięknie. Żywiołowo i łagodnie. Ekspresyjnie. Śpiew Nurii Rial – niesamowity. Prawda taka, że się tam pod osłoną półmroku poryczałam i tyle. Byłam takim małym żuczkiem nagle postawionym wobec wielkiego talentu. Wobec daru, który jakaś grupa ludzi posiadła i chce się nim dzielić ze światem. I jeszcze to, że muzyka, którą dla mnie grali ma przynajmniej trzysta pięćdziesiąt lat. Trwa. Niezależnie od tego, co od czasu życia jej twórców podziało się ze światem, jak bardzo się zmienił. 

Muzyka trwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz