Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 5 maja 2016

Jan Maszczyszyn – "Światy Solarne"

Autor: Jan Maszczyszyn
Tytuł: Światy Solarne
Rok pierwszego wydania: 2015
Wydawnictwo: Solaris, Stawiguda 2015
Liczba stron: 398

Przeczytana: 3 maja 2016
Ocena: dobra dziwna książka

"Na koniec pojawiły się milczące załogi telepatów. Zaległa grobowa cisza i wprost wzorowy porządek. Pokręciłem głową z niesmakiem. Co za podła taktyka, nie pozwalająca na osobisty heroizm i umotywowane patriotyzmem poświęcenie."

"Światy Solarne" chciałam przeczytać, gdy tylko pierwszy raz zobaczyłam okładkę. I chyba nie można mieć wątpliwości dlaczego. Cylindry, sterowce i to działo! Kiedy już przyszła do mnie pocztą, pogłaskałam ją, obwąchałam, otworzyłam na tej i owej przypadkowej stronie i postawiłam na półce – najpierw chciałam skończyć to, co akurat czytałam, a może pisałam, trudno powiedzieć. I "Światy Solarne" na tej półce zaległy, jak to często się dzieje z zakupionymi przeze mnie książkami. Nie dziwię się zaprawdę, że Monsz sarka na takie praktyki – on w przeciwieństwie do mnie jest systematyczny w sprawach lektury. Ja kupuję, zaczynam, odkładam, wracam, a potem zwykle łykam w trymiga i się dziwię, że tyle czasu się opierałam.

Ze "Światami Solarnymi" było inaczej. Bo kiedy już wreszcie zaczęłam ją czytać, ani nie musiałam do niej wracać bo przeczytałam od strzału, bez rozpraszania się na inne pozycje ani się nie dziwiłam oporowi. Bo było dziwnie. Przedzierałam się przez strony prędziutko, chłonąc obrazy malowane dla mnie przez autora. I w nie nie wierzyłam. Skojarzenia moje pomykają wprost do obrazów Jarosława Jaśnikowskiego: cudownie piękne to wszystko w swym surrealizmie.

"Eksplodujący żywy ogień promieniał w naszą stronę niespożytym żarem. Gigantyczne jęzory sięgały po nowe tysiące kilometrów eteru. Pociągały w dziwaczny łańcuch reakcji nowe warstwy pędzonej przez generatory kosmicznej substancji. Bałem się, że w sekundę ogarną cały otaczający nas kosmos, że pulsacja owego żaru staje się zaraźliwa i obejmie z nagła dziwnie upojnie reagującą przestrzeń."

Świat przedstawiony jest tak odmienny od naszego, tak niezgodny z obowiązującą w moim istnieniu fizyką, że nie tylko w niego nie wierzyłam, ale ta niewiara rozszerzyła się też na bohaterów. Tak bardzo czułam, że to, co czytam jest fikcją, że nie byłam w stanie współodczuwać z bohaterami. Może to moje osobiste ograniczenie, że nie potrafiłam się z żadnym z nich identyfikować? Patrzyłam na nich, jak na egzotyczną kolonię owadów pod obcym niebem. A jednocześnie bawiłam się świetnie, czekając na to, co jeszcze zaplanował dla mnie autor. Co jeszcze zdołała stworzyć jego nieposkromiona wyobraźnia? Na jakie jej wybuchy muszę się jeszcze przygotować?

A potem nastąpił zwrot. Ostry, właściwie nagły, a jednocześnie ewidentnie zapowiadany – subtelnie, a jednocześnie jakby nie było: wprost. Autor udowodnił, ze potrafi wykręcić swoją rzeczywistość, zawrócić w ciekawy sposób i spoić całość w wizję, którą kupuję. Która dla mnie w ułamku czasu pomiędzy zdaniami nabrała cech prawdopodobieństwa. Mniej więcej w tym momencie uświadomiłam sobie, że jednych bohaterów lubię, inni mnie drażnią, że zaczynam się przejmować ich losem, choć nadal są dla mnie egzotyczni. Coś się zmieniło w moim odbiorze – już nie patrzyłam z boku, świat mnie zagarnął.

"To nie jest nazwa. To jest komenda. Na brzmienie słowa szczególnie jest wyczulony eter międzygwiezdny. Istnieją słowa magiczne, przeplecione sekwencjami milczenia. U zarania rozumu ludy zamieszkujące wszechświat potrafiły wołać do siebie poprzez niezmierzone przestrzenie."

Przyznam, że odrobinę wyhamowała mnie końcówka. Rozważania bohaterów odnośnie rzeczywistości zgrupowane w sporym bloku rozmowy tuż przed wielkim finałem, wywołały we mnie irytujące swędzenie. Myśli biegające mi wtedy po głowie wyglądały mniej więcej tak: Tak, tak, wiem, że się różnicie i tak nic teraz nie rozumiem, mówcie: co dalej? Ale panowie dżentelmeni musieli przeprowadzić swoją rozmowę, pełną kurtuazji, wybuchów gniewu i wzajemnych zapewnień o zrozumieniu, a przynajmniej chęci zrozumienia, niezależnie od moich czytelniczych jałowych żądań. Te rozmowy zresztą, styl w jakim sir Ashley opowiada swoją historię, cechy charakteru jego i pozostałych dżentelmenów – to wszystko czyni klimat tej powieści tak wyrazistym. Zaiste alternatywny wiek dziewiętnasty z jego pełnym pychy poczuciem, że biały człowiek-konstruktor może wszystko. Świetnie się to autorowi udało.

Jest jeszcze coś, co ogromnie mi się podobało. Mówiłam wcześniej o skojarzeniu z twórczością Jarosława Jaśnikowskiego. Drugim skojarzeniem, którego nie mogę pominąć, jest "Na srebrnym globie" Jerzego Żuławskiego. Najpierw oczywiście działa i pasażerskie pociski międzyplanetarne. Potem oddychanie eterem. A do tego podróż panny Cydonii i jej pięciu towarzyszy w Kotle przez obcy Kosmos. W tym ostatnim Yarragee przełożył się w mojej głowie na Selenę i myślę, że potrafię to skojarzenie obronić.

"Co do samoobrony, to niech pan dokładnie przyjrzy się wzorom naszego wykropkowanego ciała. Mogę zapewnić, że nie ma pan do czynienia ze zwykłym tatuażem. Farbę rozprowadza krew pod skórą. Kod dzienny różni się od kodu nocnego, symbol miesięczny od rocznego. Nigdy nie używamy tej samej litery. Dokonujemy dialogów z czasoprzestrzenią w ciemnym języku zupełnie nieznanym wam, białym."

"Światy Solarne" w skrócie określiłabym jako książkę fascynującą, oryginalną i w jej pięknej retro-otoczce niezwykłą. I z mojego punktu widzenia wartą przeczytania.

5 komentarzy:

  1. Potraktowałem Twoje słowa jako wyzwanie. W końcu zaopatrzyć się w „Światy Solarne” …i przeczytać. Jeśli kojarzy się z Żuławskim to musi to być coś dobrego. Chociaż nie ukrywam, że część pisania Jana Maszczyszyna sprawiła mi pewne problemy, no nie zawsze było nam po drodze ;-)
    Popatrz potwierdziłaś to co zawsze wiedziałem, że faceci są systematyczni, ja tam na przykład systematycznie przeglądam jak stoją książki odłożone do przeczytania, muszę bo ich przybywa, a skoro systematycznie przeglądam, to czytać nie muszę systematycznie, prawda :-D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałem jeszcze nic Maszczyszyna, ale "Imago" Żwikiewicza sprawiło, że mam ochotę na więcej SF z polskich czasów zaszłych.

    A rozbudowane retardacje tuż-tuż przed finałem też powodują u mnie irytujące swędzenie. Czasem nawet swędząca irytację.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam, Panowie, aż przeczytacie i powiecie, co myślicie :) W zamian odwdzięczę się spojrzeniem na "Imago"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szantażystkom mówimy …no dobrze, stoi :-) Tylko nie zaczynaj Żwikiewicza od powieści, najpierw opowiadania. Z wyjątkiem „Kajomarsa”. ZaFraapowana wpakowała się na początek w chyba najtrudniejszą w odbiorze rzecz Żwikiewicza. „Kajomars” wymaga oczytania z jego prozą, to kwintesencja jego stylu.

      Usuń
    2. Hmm. Zapamiętam poradę. Na fali "Solaris" zdążyłam już łyknąć "Appendix Solariana". Ale to się nie liczy.

      Usuń