Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

piątek, 27 maja 2016

Stanisław Lem – "Solaris"

Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Solaris
Rok pierwszego wydania: 1961
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016
Liczba stron: 246

Przeczytana: 19 maja 2016
Ocena: najwyższa

"Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, na męczeństwo i śmieć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali."

Po "Przygodach pilota Pirxa" wiedziałam już, że się z panem Lemem nie rozstanę. Pytanie nie brzmiało więc "czy?", ani nawet "kiedy?" (bo wiadomo  jak najszybciej), a jedynie: "co?". Fraa mówiła "Dzienniki gwiazdowe", Martys mówiła "Solaris", ja byłam niezdecydowana. A potem Brat przysłał sms-a z wieścią, iż w kolekcji Wydawnictwa Literackiego teraz już będzie "Solaris", więc decyzja się podjęła niejako sama. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym się nie bała lektury. Gdybym nieco nie zwlekała. Bo co jeśli Pirx był w jakiś sposób wyjątkowy? Szybko się okazało, że lęki moje są całkowicie niepotrzebne. To ten sam Lem i to samo pisanie, które mnie tak zachwyciło w Pirxie. Ten sam sposób kreowania bohaterów, ten sam sposób snucia opowieści, tak samo trafnie rozkładane akcenty. I kac. Wspaniały, czytelniczy kac, który mnie trzyma do dziś i nie potrafię znaleźć na niego klina, nie wiem, co czytać, napoczęłam kilka rzeczy, otworzyłam "Fale przyboju" Eyvinda Johnsona, sięgnęłam do Antologii Wolsungowej po pojedyncze opowiadania i do Fantazji Zielonogórskich, które też czekają na przeczytanie i nawet rzuciłam się z motyką na Słońce, czyli na rosyjski steampunk w oryginale... I nic z tego. Nie potrafię się na żadnej historii skupić, bo ciągle jeszcze siedzę obok Krisa na mimoidzie i wsłuchuję się w Solaris.

"Podniosłem się na łokciu. Żadnych zórz, żadnej miękkości świtu, horyzont obejmowała elektrycznie błękitna łuna, pierwszy promień przeszedł przez pokój, jak strzał, wszystko zagrało refleksami, rozłamały się tęczowe odbicia w lustrze, w klamkach, w niklowanych rurach, zdawało się, że światło uderza każdą napotkaną płaszczyznę, jakby się chciało wyzwolić, rozsadzić ciasne pomieszczenie. Już nie można było patrzeć."

Bardzo bym chciała, żeby ten wpis był czymś więcej, niż tylko fanowskim piskiem radości i uwielbienia, ale naprawdę nie wiem, czy się uda, bo "Solaris" to dla mnie mistrzostwo. A wszystkie słowa jakie przychodzą mi do głowy, wydają się być płaskie, banalne i niczego nie wyrażają. Bo co mam napisać? Że to wspaniała, piękna, przejmująca opowieść? Jasne, że taka jest. Ale dlaczego? Nie wiem, czy odpowiem. Natomiast uprzedzam, że będę się odnosić do treści książki. Oczywiście nie wielce dosadnie, nie szczegółowo, ale sugestii nie uniknę, więc jak to zwykle bywa: ciąg dalszy czytacie na własną odpowiedzialność.

Od czego zacząć...?

Oto jest sobie planeta. I na tę planetę przylatują swoimi śmiesznymi rakietami ludzie, pragnący odkrywać nowe światy i cywilizacje, bo mogą to robić, bo już potrafią, a Wszechświat czeka na nich, wzywa i obiecuje wszelkie skarby, jakie mogą sobie tylko wyobrazić. Planeta jest badana. Obserwowana, mierzona, opisywana. Setki ludzie przewijają się przez jej dziwną powierzchnię, pod jej dwoma słońcami. Poświęcają jej życie w przenośni i dosłownie. Mijają dziesiątki lat, a oni wciąż tak naprawdę nic o niej nie wiedzą, poza tym, iż prawie nie ma już wątpliwości, iż pokrywający ją w całości "ocean" jest żywy. 

I to była pierwsza rzecz, która mnie ujęła w "Solaris". Bohater, psycholog-solarysta, Kris Kelvin, trafia na planetę w fazie schyłku solarystyki. Ludzkość zdążyła się już znudzić planetą, która wciąż nie daje się poznać, nie pozwala się zinterpretować, jest obca, a może nawet niechętna. Stacja świeci pustkami, mogłoby się zdawać, iż prace na niej dzieją się z obowiązku, nie z przekonania. I nie mamy obrazu prących na podbój bohaterów, ale dziwaków, którzy osamotnieni, ciągle trwają przy projekcie. I to jest tak bardzo realistyczne. To rozciągnięcie w czasie, te mijające pokolenia ludzkie, które jednak w obliczu wielkości kosmicznych są niczym właściwie. I tak bardzo realistyczne mi się wydało to, do czego doszłam z bohaterami na końcu opowieści, to że właściwie nic się nie zmieniło. Ale czy na pewno?

"Patrzała na mnie z dołu, naraz ujęła mnie za rękę. Powiodłem dłonią wzdłuż jej przedramienia w górę, ramię jej było pełne i ciepłe, nie chciałem tego wcale, ale to była prawie pieszczota. Moje ciało przyznawało się do niej, chciało jej, ciągnęło mnie do niej poza rozumem, poza argumentami i lękiem."

Drugą rzeczą, która mnie kupiła, była totalna niemożność porozumienia dwóch zupełnie różnych bytów. I moment, w którym człowiek uświadamia sobie, iż uczłowieczanie nieznanego nie daje mu zupełnie nic. Z jaką wiarą startujemy w kosmos! Z jaką pewnością, że ci, których spotkamy będą do nas podobni, jeśli nie fizycznie, to przecież duchowo, mentalnie! Tymczasem nie wiemy nic. Nie wiemy nawet tego, czy ich fizyka będzie działać na podobieństwo naszej, choć wyobrażamy sobie, że wzorami da się opisać każdą rzeczywistość. I tak naprawdę powieść o próbie porozumienia z obcym, staje się w pewnym momencie powieścią o zrozumieniu samego siebie. Solaris wyciąga rękę ku badającym ją ludziom, obmacuje ich dusze i wyciąga z nich prawdę najgłębiej ukrytą. Po co? Dlaczego? To fajka pokoju? Chęć poznania? Kara? Bezmyślna dziecięca zabawa? Eksperyment? A może nic. Może zupełnie nic. Może nawet – i to już konfabulacje, które wcale mi się nie podobają – to tylko jakaś właściwość fizyczna miejsca, która mogła się objawić dopiero wtedy, gdy na planecie pozostało niewielu ludzi? Gdy stało się wystarczająco cicho?

"Może twoje zjawienie się miało być torturą, może przysługą, a może tylko mikroskopowym badaniem."

A w co ja wierzę najbardziej? Otóż ja wierzę, że nastąpiło spotkanie. Człowiek i Obcy po latach wzajemnych podchodów wreszcie się spotkali. Harey i pozostali Goście narodzili się właśnie w wyniku tego spotkania. Na styku dwóch kompletnie różnych bytów/umysłowości/duchowości. A to spotkanie, co dziwnie przewrotne, ściągnęło Krisa z gwiazd z powrotem na Ziemię, pod żółte Słońce, do najprostszych, najbanalniejszych i najpowszechniejszych ludzkich potrzeb  kochania i bycia kochanym. I ta cała podróż, to narażanie życia, ten rozmach wyprawy w Kosmos, wszystko po to, by Kris obejrzał swoje wnętrze i zrozumiał sam siebie. Nie Obcego. Siebie. Co tak naprawdę powiedziała mu "Solaris"? Nie, nie odpowiem na to pytanie. To jedna z tych rzeczy, które nie dają mi spokoju do dziś. Które ciągle rozważam, do których wracam. Jedna! Bo ile tu jest pytań, ile idei, nad którymi można się zastanawiać! Pęd człowieka ku nowemu, potrzeba sprawdzenia się, sensowność eksploracji, sumienie maszyn, mury wznoszone między ludźmi, maski, jakie nakładamy, żeby czuć się godnymi miana istoty cywilizowanej, lęki ukryte w każdym z nas... Co z mojej głowy wyciągnęłaby Solaris? Co mnie by powiedziała? Chciałabym to wiedzieć i boję się wiedzieć.

"Kiedy z płaskiego dachu Stacji wejdę po trapie, zobaczę na pokładach szeregi biało opancerzonych, masywnych automatów, które nie dzielą z człowiekiem pierworodnego grzechu i są tak niewinne, że wykonują każdy rozkaz, aż do całkowitego zniszczenia siebie lub przeszkody, która stanie im na drodze, jeśli tak zaprogramowana została ich oscylująca w kryształach pamięć."

A jakby mało było tego, że wnętrze "Solaris" jest piękne i pełne rzeczy ważnych, to ja-czytelnik dostałam także wspaniałe opakowanie, jeśli za opakowanie uznamy formę, w której treść ta została podana. Kiedy skończyłam i zamknęłam książkę w absolutnej ciszy umysłu porażonego znaczeniem misternie układanych słów, pomyślałam, że to jest właśnie zwycięstwo pisarza, Mount Everest twórcy  wyryć w czytelniku taką dziurę niewinnymi zdałoby się zdaniami, na przestrzeni niewielu tak naprawdę stron. To wymaga kunsztu, nie tylko wyobraźni, ale też ogromnej wrażliwości, jakiegoś daru, specjalnych umiejętności. Czy można się tego nauczyć? Czy to się po prostu ma?

Opisy planety, wschód niebieskiego słońca, który mnie poraził tak bardzo, że aż poczułam urojony ból oślepionych oczu, rozmowy Krisa z Harey, jego milczenie i niemoc, tak pięknie, tak prawdziwie i lirycznie zarazem przedstawione.

"-- Milcz! -- krzyczałem, potrząsając nią, oboje krzyczeliśmy nieprzytomnie, klęcząc przed sobą. Głowa Harey latała, tłukąc się o moje ramię, przyciskałem ją do siebie z całej siły. Nagle zamarliśmy, ciężko dysząc. Woda kapała miarowo z kranu."

I jeszcze chciałam napisać, iż doceniam bardzo fakt, że tak naprawdę nie wiem, co dręczyło dwóch pozostałych badaczy. Jak pięknie, bez mówienia tego wprost, autor przedstawił kokony, w których każdy z trójki mężczyzn na Stacji, ukrył się przed pozostałymi. Tak, że to, co intymne dopóki mogło pozostawało intymne. I to, że Kris był gotów na więcej.

W kontekście tego wszystkiego, co powyżej, jakże żałośnie przedstawia się film wyprodukowany przez George'a Clooneya w 2002 roku... Dawno nie byłam do tego stopnia zdegustowana adaptacją, czy filmem na motywach, czy jakkolwiek by nazwać produkcję o tytule zbieżnym z powieścią Stanisława Lema. Nie powinno się go oglądać przed książką, a po książce też nie. To już nawet nie spłycenie idei, ale totalne przedefiniowanie bohatera, nadanie mu jednej jedynej cechy charakteru i cecha ta nawet cechą nie jest, bo filmowy Kris, czy raczej Chris, zbudowany jest na traumie związanej z postacią żony, a badania Solaris zostały pominięte zupełnie i sprowadzone do prezentacji fosforyzującej fioletowo kulistej powierzchni. Brrr. Serio. Fabuła przedstawiona przez Stevena Soderbergha po prostu obyłaby się bez Solaris. Wszystko mogło się rozegrać na Ziemi – otoczenie nie miało moim zdaniem żadnego znaczenia.  Film ten wielce mnie zirytował i nawet trochę jestem na siebie zła, że go obejrzałam. Teraz boję się sięgać do "Solaris" Andrieja Tarkowskiego, z którego podobno sam Lem nie był zadowolony. Może już dość eksperymentów zatem? Lepiej znów otworzyć książkę na pierwszej stronie...

13 komentarzy:

  1. Solaris ciągle pozostaje moją nemesis. W latach nastoletnich próbowałam dwa razy, ale nie wyszło. I nabyłam Solaris właśnie w tej kolekcji, żeby ją w domu mieć i czekać na odpowiedni moment. Tak jak Eden. Choć nie powiem, Twoja notka zachęcająca jest wielce, kolejny kamyczek do wielkiej konstrukcji przełamywania niechęci do Lema.;) (za to nie mogę się doczekać kiedy w kolekcji wyjdą Dzienniki gwiazdowe, chętnie bym sobie powtórzyła).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie bardzo, że dołożyłam kamyczek :) Zwłaszcza, że dla mnie samej Lem stanowił problem pochodzenia szkolnego. A Dzienniki gwiazdowe u mnie pójdą w pierwszej kolejności. Nie będę czekać na kolekcję - pójdę do biblioteki

      Usuń
    2. Ha, też mam problem pochodzenia szkolnego (Pirxa zdecydowanie nie powinno się dawać do czytania ośmiolatkom).
      A idź, idź, a później napisz notkę.:) Chętnie przeczytam. Dzienniki gwiazdowe to taki "lżejszy" Lem, moim zdaniem (nie, żebym miała jakieś porównanie czy coś).

      Usuń
  2. Weź teraz „Niezwyciężonego”:-) Dla fanki mechanizmów wszelakich to będzie miód na myśli ;-)
    Dzięki, że czytasz Lema :-)
    Jeżeli film to Tarkowski. Jego opowieść jest trochę obok, ale to Tarkowski. No i jak wspomniałem, potem sięgnij po jego prawdziwe arcydzieła - cudowny „Stalker”, oddał ducha „Pikniku na skraju drogi” znakomicie, a „Andriej Rublow” to …brak słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod "Niezwyciężonym" :)
      Ps. Rzuć okiem na dyskusję u Lapsusa: https://www.facebook.com/Lapsus-Calami-115531125203009/?fref=nf
      Tylko nie zrażaj się na wstępie tonem starego zgreda, sama dyskusja pod linkiem do twojego bloga jest nad wyraz ciekawa :D :D

      Usuń
    2. Dzięki za linka :D Już po tym wstępie widzę do dyskusji widzę, jak ważne jest dokładne formułowanie myśli, a może raczej dokładne wyjaśnianie własnych motywacji :D Zwykle z kacem radzę sobie tak, że sięgam po rzeczy kompletnie od czapy, takie które z samego założenia nie będą konkurować z tym, co kaca spowodowało. Nie kumuluję tekstów kaco-rodnych po prostu. Tak wolę - gdy jeden tekst nie wybija drugiego.

      Usuń
    3. Wiesz, w sumie i mnie nieco rozbawiło "leczenie się" z Lema wspomnianymi przez ciebie pozycjami, bo sama mam zupełnie inną taktykę.
      Jeśli już doświadczam "kaca ksiązkowego" (a zdarza się to wyjątkowo rzadko), to szukam czegoś równie mocnego/dobrego: pozycje słabsze po prostu mnie odrzucają i dochodzi do sytuacji, w której przez jakiś czas nie czytam nic. A to boli moją czytelniczą szaloną dusze :P
      Dokładne formułowanie myśli to rzecz niezbędna w formie tak krótkiej jak internetowa recka: łatwo tutaj bowiem o niedopowiedzenia. I chociaż dla ciebie będą one oczywiste, tak dla przypadkowego czytacza mogą zdawać się... niefortunne :)

      Usuń
    4. Tylko że to nie jest do końca internetowa recka - w takim sensie, że nikt tego nie publikuje w żadnym zinie czy innym internetowym czasopiśmie w dziale "recenzje". Blog ma to do siebie, że można sobie pozwolić na brak profesjonalizmu: na niedopowiedzenia, uogólnienia czy luźne skojarzenia, nawet jeśli łamią zasadę decorum. Natomiast dziwię się czytelnikom, którzy po lekturze jednego wpisu są w stanie z taką lekkością oceniać blogera-człowieka i strzelać tekstami o tym, czy dziewczynka biedna czy nie, czy sexy czy nie.

      Swoją drogą, przypomina mi się tutaj dyskusja sprzed jakiegoś czasu - o tym, czy blogerki książkowe są godne pisać o książkach. Widzę, że zagadnienie wciąż aktualne. W jednej notce wspominać o Lemie i o Wolsungu? A fe!

      Co do samej notki: Jeżusiu, "Solaris" tak bardzo przede mną T_T Ale kiedyś przeczytam. Jak się wygrzebię spod stosu innych lektur do łyknięcia... może dam radę przed emeryturą. :bag: Jestem zaintrygowana częściowo Twoją notką, częściowo - przyznaję - "Appendix Solariana". :) Bo chciałabym wiedzieć, o co Żwikiewiczowi tak konkretnie chodziło. xD

      Usuń
    5. Zgadzam się niemal z całością komentarza, ale jedna rzecz wywołuje moje zdziwienie - dlaczego blog ma stanowić przyzwolenie na "niedopowiedzenia, uogólnienia czy luźne skojarzenia"? Rozumiem luźniejszą formę, stylistyczne zabawy i inne podobne, ale wspomniane dezynwoltury sprawią, że odbiorca może źle zrozumieć albo nie zrozumieć tego, co "autor miał na myśli".

      Usuń
    6. Bo tak naprawdę wszystko zależy od założeń, jakie powziął dany bloger. Blog to - jeśli sięgnąć do korzeni - po prostu internetowy dziennik. Ot, pamiętniczek taki. To formuła, która nie narzuca obowiązku profesjonalizmu. Oczywiście, wiąże się to z konsekwencjami: bloger może być źle zrozumiany. I po to, moim zdaniem, istnieje opcja komentarzy. Czytelnik nie zgadza się z blogerem? Pisze mu komentarz. Bloger ma okazję sprostować ewentualne nieporozumienia. Wywiązuje się dialog, może nawet dyskusja. Nie wiem - zawsze miałam wrażenie, że tak to powinno wyglądać. ;)

      Tu znów muszę wrócić do mikro-aferki, która jakiś czas temu przetoczyła się przez blogosferę - i podrzucić linka do Misiaela, który - moim zdaniem - fantastycznie podsumował całą hecę. Wydaje mi się, że tutaj trochę o to właśnie zahaczamy. A więc link: http://mistycyzmpopkulturowy.blogspot.com/2014/12/oda-do-blogerek-ksiazkowych.html

      Oczywiście, ogromny szacun, jeśli ktoś prowadzi swojego bloga na full wypasie: regularne wpisy, solidny research, rzetelne recenzje... wiem, że to niełatwe. Podziwiam tych, którzy tak potrafią. Ale wciąż: to kwestia wyboru. I niezależnie od tego, jakiego wyboru dokona dany bloger, nie uważam, żeby to usprawiedliwiało jakiekolwiek osobiste wycieczki uskuteczniane na podstawie wybranego wpisu.

      Usuń
    7. Oczywiście - na blogu bloger jest sterem, żeglarzem i okrętem, ale wydaje mi się też, że blogi dawno odeszły od formy pamiętniczkowej. Tylko czy w interesie piszącego nie jest, by być zrozumianym? O ile ktoś nie pisze tylko i wyłącznie dla siebie, nie zważając na odbiorców, to nie bardzo widzę sens celowego pozwalania sobie na niejasności. W takim przypadku czytelnik nie tyle się nie zgodzi z blogerem, co z mylnie zinterpretowanym zdaniem blogera. Albo w ogóle nie zrozumie, co ten miał na myśli.

      I nie chodzi mi o research, korektę i tym podobne - chodzi mi tylko o to, by starać się pisać tak, by czytelnik rozumiał to, co mamy na myśli.

      Co do osobistych wycieczek - pełna zgoda. Oceniać to ja mogę wpis, a nie jego autora.

      Usuń
  3. trafiłem tu przez przypadek. Ale intrygująca recenzja zmusza spędzić tu więcej czasu :P Zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
  4. "Solaris" dobre, muszę sobie powtórzyć, na szczęście już do mnie jedzie... Okazuje się, że bardzo mało z niego pamiętam, co oczywiście jest dobre - znów mnie zaskoczy. A leczenie kaca gorszymi pozycjami - owszem. Żeby nie przedobrzyć, żeby nie być rozdartym, która z książek lepsza, żeby dać emocjom opaść. Żeby mechanicznie przerzucać kartki i jednocześnie nie być na siebie złym, że się nie skupia na treści. Kto co lubi :)

    Ah, i podpisuję się pod "Stalkerem" Tarkowskiego. Lepiej już wpisuj sobie na listę do oglądania :)

    OdpowiedzUsuń