Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 17 lipca 2016

Siem po wakacjach, czyli Baltic Tour 2016

Schody na wzgórze po zamku Liedon Vanhalinna
Wróciłam!
 
Właściwie to wróciłam dwa tygodnie i dwa dni temu, a wciąż jeszcze mam wrażenie, że coś jest nie tak. Nazwa zespół niespokojnych nóg pasowałaby całkiem nieźle, gdyby nie to, że jest już zarezerwowana dla konkretnej przypadłości chorobowej. Aklimatyzacja do zwyczajnego rytmu życia następuje powoli, a ja jakbym nie znała siebie od wielu, wielu lat, jak zwykle złoszczę się na siebie, że zamiast działać, realizować zadania odłożone na "po wakacjach", zamiast szast-prast natychmiast rzucić się na główkę w wir pracy, tkwię w rozmemłaniu, chwytam się wszystkiego na raz, na ćwierć gwizdka, na chwilę i porzucam.

To były naprawdę dobre wakacje. Obfite, wypełnione po brzegi, smaczne. Trzy tygodnie, a wrażeń tyle, jakby mnie nie było trzy miesiące. Chciałabym wszystko zapamiętać, jak
Jezioro na kempingu Vuohimäki w Savonlinnie
najlepiej. A przecież wiem, że to tak nie działa. Pamiętam wybiórczo, pamiętam poprzez emocje, pamiętam przekłamane, wypaczone przez wszystkie wcześniejsze doświadczenia, preferencje, sympatie. Robiłam notatki, spisywałam i wydarzenia, i miejsca, i wrażenia oczywiście też. Jeszcze do nich nie zaglądałam.

Zaglądałam za to do zdjęć, których ilość mrozi krew w żyłach. Posiadanie aparatu cyfrowego i praktycznie brak ograniczeń miejsca na karcie zrobiły mi krzywdę. Nie skupiam się już tak na kadrach, jak wcześniej, pstrykam bezsensownie, bo przecież coś się wybierze. I jestem na siebie zła. Znów. Bo wcale nie jest łatwo wybrać coś z czterech tysięcy trzystu złych zdjęć. Przegięłam. Ale nic nic. Będę mówić o tym, co dobre. Gdybym chciała czynić jakieś podsumowania musiałabym powiedzieć, że to był wyjazd pod znakiem ptaków i twierdz. O ile to drugie jest raczej oczywiste w naszym przypadku, o tyle ptaki nieco mnie zaskoczyły. Tym, jak mało bały się człowieka, jak ufnie podchodziły, jak mocno zasymilowały się z cywilizacją i nauczyły wyciągać z niej korzyści. Gęsi skubiące trawę między namiotami,
Gęsi w Savonlinnie
wróble zachęcająco przyglądające się naszej kolacji, zaglądające do misek i oczywiście mewy, bez krępacji porywające sucharki wprost z ręki.

Co jeszcze specjalnie mi się podobało? Życie z morzem, z jeziorami, z wodą po prostu. Mam wrażenie, że szwedzkie, alandzkie, fińskie morze jest inne niż nasz Bałtyk. U nas morze było czymś, o dostęp do czego trzeba było się bić, najwięcej pamiątek muzealnych dotyczy spraw wojennych, militarnych, ponad statkami przeważają okręty. Tam jest inaczej, muzea są pełne wspomnień o codziennym życiu w czasach pokoju, sklepiki na wyspach mają parkingi dla łódek, istnieją stacje benzynowe na wodzie; pomost z łódkami, czy garaż dla łodzi przy domu to norma i zwykłość, a dla mnie taka wielka egzotyka. Pierwsze, co zrobiliśmy po wylądowaniu w Karlskronie to był rejs na Kungsholm, niecała godzina tramwajem wodnym w słońcu i wietrze i już wieczorem było wiadomo, że jesteśmy na wakacjach – oboje jednakowo czerwoni na policzkach i nosach, z odbitymi na twarzach okularami. Ten wiatr, ptasie wrzaski, słońce i deszcz. To wszystko jeszcze czuję na skórze, wszystko słyszę, wciąż pieką mnie oczy. Pogoda była najpiękniejsza jaka być mogła. Jak
Łąka na twierdzy Kärnäkoski
zmokliśmy, to wyschliśmy, nie umieraliśmy z upału i nie nosiliśmy zbędnych kurtek.

To były piękne wakacje. Przez trzy tygodnie żyłam sobie inaczej, transformowałam w trochę inną Siem, taką bez napadów kaszlu o poranku, bez notorycznych bólów głowy, taką, która zasypia, kiedy zamknie oczy, a nie leży bezsennie wpatrując się w sufit, która budzi się wcześnie wyspana i nie próbuje nakryć się kołdrą i udawać, że wcale się nie obudziła, Siem z namiotu, Siem bez grzebienia, Siem spod biwakowego prysznica z zimną wodą, Siem spłukującą z siebie noc falami Bałtyku. Było mi dobrze. Ładowanie akumulatorów pełną gębą. I to nie tak, że zupełnie zarzuciłam inne stałe elementy mego życia – przeczytałam wspaniałą książkę autorstwa Arthura C. Clarke'a, podrzuconą mi do walizki przez Fręę, gdy stanęliśmy w Gdańsku na popas (jakże pyszne te polędwiczki, Froo! i dzię-ku-je-my za naklejkę wyjazdową <3) – "Pieśni dalekiej Ziemi". Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, wzruszyła, rozemocjonowała, wzbudziła ciut zazdrości – takiej dobrej zazdrości, motywującej – że nie umiem tak, z takim rozmachem i taką łagodnością jednocześnie. Potem czytałam inne rzeczy, niepublikowane, czasem fragmentaryczne, ale ciekawe i dowodzące, że sporo zdolnych ludzi ukrywa się w cieniu swych szuflad. Jeśli o pisaniu to nie pisałam, raczej zbierałam inspiracje, robiłam mini notatki, gdy coś zwróciło mą szczególną uwagę, no i riserczowałam do bólu na tych wszystkich parowcach, na
Narwa i Iwanogród patrzą na siebie ponad rzeką graniczną
twierdzach, obwąchując działa z różnych okresów, macając kamienie i cegły, ucząc się nowych dźwięków i zapachów. Ogromnie to lubię.

Lubię też spotkania z ludźmi. Pomimo faktu, iż niemal każde spotkanie dużo mnie kosztuje w emocjonalnej walucie. Ta mieszanka radości, niepewności, zaciekawienia, strachu. Czy to przypadkowe, czy planowane kontakty – zawsze jest tak samo. Czy to przewodnik po forcie, czy dziewczyna opiekująca się wystawą sztuki, czy rodacy spotkani przypadkiem z dala od domu, czy NaNowca, którą znałam do tej pory głównie przez pryzmat jej pisarskiej wrażliwości. Każdemu takiemu spotkaniu towarzyszy napięcie, ale też każde wnosi we mnie coś nowego, każde coś mi daje i mam nadzieję, że tej osobie po drugiej stronie też. I chciałam teraz tak publicznie podziękować Kari za miejsce na tapczanie, nocne rozmowy i wiedzę o fińskiej codzienności, a Beacie i Jackowi za to, że nas – przypadkowych zupełnie ludzi – tak cudnie z otwartymi rękami przywitali na obcym kempingu, nakarmili, napoili i uraczyli stosem opowieści nie tylko estońskich.
 
Myślałam, żeby stworzyć, jakąś relację z wyjazdu, ale na razie z różnych powodów pomysł zarzuciłam. Za to wybrałam zdjęcia (jedynie 310) i zaopatrzyłam je nieraz całkiem rozbudowanymi opisami. Niech więc będzie: fotorelacja. Dostępna pod linkiem: Baltic Tour 2016. Miłego oglądania, a jeśli ktoś chciałby o jakieś miejsce dopytać – zawsze można zostawić komentarz pod zdjęciem, czy na blogu, albo po prostu do mnie napisać, wykorzystując formularz kontaktowy (na dole po lewej).

1 komentarz:

  1. Cała przyjemność po mojej stronie - zarówno jeśli chodzi o faszerowanie Was polędwiczkami, jak i popełnienie naklejki, a także podrzucenie Clarke'a. :3 Polecam się! :D

    OdpowiedzUsuń