Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 27 lipca 2016

Stan bezwolności

Poniżej prezentuję takiego sobie szorta. Efekt rozmyślań nad połączeniem słów piosenka  kontrola  barwa, czyli kolejna odsłona zabawy w pisanie instant na forum Literka. Polecam czytać z podkładem :P Może pomóc w zrozumieniu bohaterki ;)


I am flying, I am flying,
like a bird 'cross the sky.
I am flying, passing high clouds,
to be with you, to be free.



     – Kolejny nudny dzień – powiedział Jerzyk, wyciągając w moją stronę rękę z rozpiską doręczeń, i to był jego pierwszy grzech.
Skrzywiłam się, ale zmilczałam. Gówniarz robił to specjalnie. Niemożliwe, żeby po blisko dwóch latach pracy z ludźmi tak przesądnymi jak lotnicy – a kto próbujący podporządkować sobie żywioły nie jest przesądny – nadal nie był w stanie zapamiętać, że takich rzeczy się po prostu nie mówi. To jak wyzwanie rzucone w twarz boga wiatru.
– Pogoda?
Młody zerknął na tablet, potem – przysięgam, zrobił to – przekrzywił głowę, naciągając szyję do granic możliwości, i przez chwilę gapił się jednym okiem na błękitne niebo widoczne za idealnie czystą szybą. Lekko wzruszył ramionami, znów zerknął na tablet, postukał w ekran, powtórzył procedurę z gapieniem się w niebo, a ja zrobiłam krok w jego stronę pewna, że jeszcze chwila i zwyczajnie go uduszę.
– Może być, że spędzisz noc na wyspie – powiedział w końcu. – Na którejś z wysp.
Patrzył na mnie poważnie i właściwie to, nie słowa, mnie naprawdę zaniepokoiło.
– Zobaczyłeś to na tablecie, czy na niebie?
Miałam nadzieję, że Jerzyk podchwyci ten mizerny żart, ale on tylko wzruszył ramionami.
– Przygotuj się na nagłe podmuchy, padać będzie, acz trudno powiedzieć z całą pewnością o której i jak długo. Zachód będzie spektakularnie malowniczy.
Spektakularnie malowniczy…
Tak powiedział, a potem odwrócił się do mnie plecami i zaczął gwizdać.
Drugi grzech. Z mojego punktu widzenia – większy.
Jeszcze zanim zapięłam pasy nuciłam tę cholerną melodię, idiotycznie zirytowana, że nie potrafię sobie przypomnieć słów pierwszej zwrotki. Nuciłam startując i nuciłam wchodząc w łagodny łuk zakrętu, żeby – zgodnie z tradycją – przelecieć nad wieżą kontroli lotów, przy czym naprawdę miałam ochotę przyhaczyć podwoziem o dach, choć wiedziałam, że gnojka to nie ruszy, a ja będę miała przesrane. Jestem rozsądna, więc tego nie zrobiłam. Nuciłam, leciałam i obmyślałam zemstę, która nie przysporzy mi kłopotów.
Nie znoszę, kiedy przyczepi się do mnie jakaś piosenka. Po prostu nie znoszę. Za każdym razem czuję się jednakowo upokorzona – przecież nie chcę nucić, a robię to. Jakbym nie miała kontroli nie tylko nad własnym ciałem, nad krtanią, językiem, wargami, ale i nad umysłem. Mózg mnie nie słucha. A jeśli nie słucha mnie ani mózg, ani ciało, to kim ja właściwie jestem? Czy jestem w ogóle? 
Próbowałam przestać. Przesadnie skupiałam się na zegarach, liczyłam delfiny, bawiłam się, utrzymując nos w idealnej pozycji względem horyzontu. I nic. Nuciłam. Cały czas nuciłam, a do wtóru mojemu nuceniu mruczał silnik.
Nuciłam po pierwszym międzylądowaniu i zaraz po tym, jak pożegnałam się z wieżą na największej z wysp Archipelagu. I ciągle nie potrafiłam sobie przypomnieć początku.
A potem uderzył pierwszy nagły podmuch. Razem z nim z północnego wschodu nadciągnęła ciemność. Zdążyłam jeszcze zarejestrować ten niezwykły kontrast łagodnego, nieco opalizującego błękitu po mojej lewej z ołowianym Armagedonem z prawej i właściwie było po wszystkim.
Niewiele pamiętam z nieudolnych prób wyrwania się burzy. Wszystko było takie nagłe i o wiele za silne dla mojej dziewczynki. Wiatr rzucał nią jak chciał, a ja kurczowo trzymałam się szalejącego wolantu. Być może nawet się modliłam, choć równie dobrze mogłam nadal nucić tę idiotyczną drugą zwrotkę, albo złorzeczyć Jerzykowi, który z pewnością nie powinien mnie wypuszczać, jeśli o tym wiedział. A przecież tak właśnie wyglądał, kiedy na mnie patrzył z zupełnie nie pasującą do jego wiecznie kpiącej twarzy powagą – jakby wiedział.
Spadłyśmy prawdopodobnie jakieś dwadzieścia minut po tym pierwszym podmuchu. Wiatr i woda wspólnymi siłami załatwiły kurierski samolocik, ale o dziwo oszczędziły mnie. Najwyraźniej fakt, iż byłam poobijana, zziębnięta, a bez samolotu także poniekąd pozbawiona środków do życia im wystarczył. Może to dziwne, ale naprawdę w tamtej chwili, kiedy ocknęłam się, leżąc na skrzydle kołysanym łagodnie przez na powrót spokojną falę, myślałam o tym, jak zarobię na kolejną ratę kredytu, choć pewnie logiczniej byłoby się martwić o to, jak dostanę się do brzegu, który zresztą majaczył przede mną w postaci ciemnej kreski na tle krwiście czerwonego nieba i płynnej miedzi, w jaką zmieniło się morze. Barwa iście odpowiednia do katastrofy, której jedynym znakiem w zasięgu mojego wzroku były resztki mojej pięknej Sily i ja.
Nie miałam zbyt wiele do roboty poza czekaniem, aż ktoś się zorientuje, że zniknęłam z radaru, leżałam więc sobie i patrzyłam, a mój pozbawiony bardziej skomplikowanych myśli umysł, jak gdyby zapadł w letarg.
Spektakularnie malowniczy…
Słowa połaskotały mnie w podstawę czaszki, a chwilę później przypomniałam sobie tę cholerną pierwszą zwrotkę.



I am sailing, I am sailing,
home again 'cross the sea.
I am sailing, stormy waters,
to be near you, to be free.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz