Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 25 września 2016

Jonas Jonasson – "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"

Autor: Jonas Jonasson
Tytuł oryginału: Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann
Rok pierwszego wydania: 2009
Wydawnictwo: Świat Książki, Warszawa 2014
Liczba stron: 416
Tłumaczenie: Joanna Myszkowska-Mangold

Przeczytane: 18 września 2016
Ocena: na tyle dziwna, że wciąż nie wiem, czy mi się podobała, ale pewnie trochę tak ;)

"Allan zgodził się. Stek z łosia popili poza tym pilznerem i Allanowi było tak bardzo dobrze, że prawie zaczynał się bać śmierci."

Dlaczego ktoś ucieka z domu starców, nie mając właściwie żadnego planu poza tym, żeby uniknąć niechcianego zamieszania w związku z własnymi setnymi urodzinami? Czy ja to wiem po przeczytaniu książki? Na pewno nikt mi tego nie powiedział wprost, ale można wysnuć wniosek, iż Allan zwyczajnie chce umrzeć po swojemu. Wolny, jak wolny i niezależny był całe życie. I chyba właśnie o tym jest ta historia.

"Stulatek..." trafił na tapetę, bo ktoś mi go wrzucił do Słoika Podrzutków. Nie mam pojęcia kto. Czy ten ktoś byłby tak dobry i się przyznał? Bo mnie ciekawość zżera! Jakiś czas temu o książce zrobiło się głośno, bo nakręcono film na jej podstawie. Zgodnie z przyjętą przeze mnie zasadą filmu nie tknęłam, bo najpierw książka, a książki nie tknęłam, bo zawsze tyle było innych do przeczytania. Ktoś spośród znajomych czytaczy postanowił mi pomóc i jestem mu wdzięczna, bo mam wrażenie, że z ogromną przyjemnością obejrzę film.

"Jednak nagle nie było już tak płytko i słoń musiał użyć swoich wrodzonych umiejętności pływackich. Słonie nie myślą raczej tak logicznie jak ludzie i ów słoń był tego najlepszym dowodem, gdy wybrał przepłynięcie dwóch i pół kilometra na drugi brzeg, aby wyjść na suchy ląd, zamiast zawrócić i przepłynąć cztery metry."

To że mam ochotę na film nie oznacza jednak, że książka mnie oczarowała. Przyznam, że na samym początku zrzedła mi mina i zaczęłam się martwić, że będę czytała długo i z przerwami. Powód? Styl w jakim powieść jest napisana. Krótkie akapity, raczej suche zdania i taka nakładka z lekkiej kpiny, którą wyczuwałam właściwie cały czas, a która mnie trochę odpychała. Na dodatek w wersji elektronicznej, którą czytałam, akapity są zaznaczone podwójną interlinią. To sprawiało, że miałam wrażenie ciągłego skakania z wysepki na wysepkę. Na szczęście przyzwyczaiłam się do tego w okolicach dziesiątego procenta tekstu i poszło. Jak to ja, nie miałam pojęcia czego się spodziewać, bo starannie unikałam jakichkolwiek informacji o książce i od samego początku byłam zaskakiwana i tak naprawdę po pierwszym zgrzycie szybko się wciągnęłam. W obydwie historie – i tę teraźniejszą z akcentem kryminalnym, choć odwróconym, bo przecież czytelnik doskonale wie, co się wydarzyło i nie musi dochodzić do prawdy z komisarzem Aronssonem, i tę z przeszłości, będącej biografią głównego bohatera, tak fantastyczną, że nawet z zapowiedzią z dedykacji w pewnym momencie poczułam się przytłoczona nieprawdopodobieństwem.

"– Wiedziałem, że znowu chodzi o politykę – powiedział Allan.
– Trochę ciężko uniknąć tego tematu, gdy jest się prezydentem Stanów Zjednoczonych – odparł Harry Truman."

Być może właśnie z powodu tego przytłoczenia okraszonego schematycznością spotkań Allana z wielkimi politykami dwudziestego wieku w pewnym momencie lektury zaczęłam się nad fragmentami z przeszłości prześlizgiwać szybko i bez wgłębiania. Byle przemknąć do wątku teraźniejszego i dowiedzieć się, czy bohaterom udało się wydostać z wyraźnie zacieśniającej się pułapki. To mnie bowiem nieustannie interesowało i choć do nikogo z nich nie poczułam głębszej sympatii to jednocześnie każdemu życzyłam dobrze. Należał im się spokój.

"Dochody z podatku natychmiast szły na uciechy w najmroczniejszych dzielnicach miast, które – co dość praktyczne – zwykle leżały w okolicy portu. Allan pomyślał, że skoro Song Meiling uważała, że to ważne, aby mieć ludność po swojej stronie, może powinna była przekazać tę informację swoim żołnierzom."

Sam Allan wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Był dziwnie przezroczysty z tym swoim deklarowanym brakiem poglądów politycznych czy wiary. Coś mi w tej neutralności nie pasowało. Przewrotnie miał wpływ na wydarzenia, które ugruntowały historię dwudziestego wieku. Mogę przypuszczać, że w ten sposób autor chciał mi-czytelnikowi coś przekazać i trochę mi żal, że nie bardzo czuję co. A może wcale nie chciał i po prostu miałam się dobrze bawić pędząc przez historię świata popychaną na znane mi tory przez skromnego Szweda? Bawiłam się, ale tylko przez jakiś czas. Potem zaczęłam się nudzić. Podejrzewam, że dostając to wszystko w dwugodzinnym filmie nie zdążyłabym dojść do tego etapu. Ta książka aż prosi się o to, by być filmem.

"Allan odpowiedział, że czysto fizycznie nie ma pojęcia, gdzie się znajduje, ale z tego powodu nie czuje się zbłąkaną duszą. W kwestii wiary wychodził z założenia, że skoro się czegoś nie wie na pewno, nie warto zgadywać."

Jednocześnie sporo pojedynczych zdań mocno do mnie trafiło. Cieszyłam się też, że poznałam parę nieznanych mi faktów z historii Szwecji, choć są to fakty dość przygnębiające. Razem z tymi faktami dociera do mnie, że być może gdyby więcej ludzi miało takie podejście do życia jak Allan to świat byłby lepszym miejscem. Tyle, że to taka sama utopia jak zakończenie tej historii – możliwa tylko na kartach książki.

7 komentarzy:

  1. Hum hum... To spotykanie ważnych osobistości i wpływanie na historię to mi trochę "Forestem Gumpem" zalatuje. :)
    W ogóle to jakoś ciągle mnie ta książka intryguje i w gruncie rzeczy chciałabym przeczytać, tylko mi jakoś czasu szkoda. xD Twoja powściągliwa opinia nie ułatwia sprawy. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jakoś nie potrafię wyłuskać z siebie czegoś więcej. W gruncie rzeczy z jakiegoś powodu nastawiałam się na nią bardzo entuzjastycznie i trochę tak, jakbym zderzyła się ze ścianą: zatrzymała mnie. I mam wrażenie, że szybko o niej zapomnę.

      Usuń
  2. A ja tam zachwyciłam się książką :) Ta przezroczystość Allana, o której piszesz, oraz jego pozorna pasywność w sprawach polityki były idealne, gdyż gdyby jeszcze do tego wszystkiego świadomie się wikłał w sprawy większej wagi, byłoby tego za dużo, tekst byłby za ciężki, a tak mamy zbiór nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, spiętych postacią Allana. Który jest trochę głupkowaty, a porównanie do Forresta nie jest przypadkowe. Nie wiem, czy wydarzeń było za dużo, swoim zwyczajem czytałam to bardzo długo, więc nie odczułam tak tego. Bawił mnie każdy powrót do przeszłości Allana. Czekałam, z kim jeszcze się spotkał i jak nieświadomie namieszał w życiu innych ludzi. Oczywiście, że w pewnym momencie były te spotkania powtarzalne, ale znów - przy moim tempie czytania to nawet nie przeszkadzało. Ja z kolei tej książki długo nie zapomnę. Filmu z resztą też nie. Co mi przypomina, że obie pozycje ktoś mi zajumał i muszę je odzyskać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zaginął "Mistrz i Małgorzata" o czym mi przypomniałaś właśnie. Chyba muszę kupić nowy egzemplarz, bo mi jakoś pusto w domu...

      U mnie problem ze "Stulatkiem..." polegał właśnie na tym, że nie potrafiłam tego szybko przeczytać, ale nie dlatego, że ciężko się czytało, tylko dlatego, że mnie muliło. Wiesz - ten syndrom, gdy ciągle sprawdzasz, ile jeszcze do końca.

      I rozumiem, że całość nie miałaby sensu, gdyby Allan był inny, ale mnie chyba nie kupił sam koncept w formie powieści. I dlatego bardzo chcę zobaczyć film.

      Usuń
  3. Przyznaję się, to ja Ci wrzuciłam "Stulatka..." :p Szkoda, że nie podszedł Ci tak bardzo jak mnie, mam podobne zdanie jak Martys w kwestii tej książki. Filmu też nie widziałam jeszcze, choć zamierzam, bo od niego wszystko się zaczęło - B. obejrzał i bardzo dobrze się przy nim bawił, ja mu kupiłam książkę na urodziny, która też mu się spodobała, sama po nią sięgnęłam, pojawił się temat słoiczka, i... voila ;)
    Myślę, że film jest godny polecenia, ale stwierdzę to na pewno dopiero wtedy, kiedy sama go obejrzę :p Na pewno trochę pozmieniali tam fakty w odniesieniu do książki, ale tak to już z filmami bywa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to nie tak, że było super-fatalnie-źle i straciłam czas. Wręcz przeciwnie - bardzo się cieszę, że po nią sięgnęłam (a pewno bez Podrzutków by się nie doczekał, bo kolejka zawsze ogromna) i zdecydowanie zachęciła mnie do filmu. Z pewnością wiele czynników złożyło się na taki a nie inny odbiór (co czytałam wcześniej, sam styl, nastrój w trakcie). Przeczuwam też, że to akurat pomysł, który dla mnie lepiej zagra w filmie.

      Jestem szczerze wdzięczna za tę sugestię czytelniczą!

      Usuń
    2. W filmie, z wiadomych przyczyn, wydarzeń jest o dwie trzecie mniej ;) Ale to co jest, jest szybkie, śmieszne (nierzadko czarnym humorem ;) np. scena z lisem z początku...) i ja na przykład postanowiłam traktować to jako dwie osobne rzeczy - książka i film, nie podstawa i ekranizacja. Bo obie pozycje mają coś do zaoferowania. Ciekawa jestem Twojej opinii po filmie :D

      Usuń