Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

piątek, 21 października 2016

Patrick O'Brian – "Dowództwo na Mauritiusie"

Autor: Patrick O'Brian
Tytuł oryginału: The Mauritius Command
Rok pierwszego wydania: 1977
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, Poznań 2003
Liczba stron: 406
Tłumaczenie: Marcin Mortka

Przeczytane: 3 października 2016
Ocena: nieodmiennie przyjemna lektura, pełna inspiracji i faktów

"– Barometr idzie w górę – powiedział zamyślony Jack. – Ale wiatr wciąż utrzymuje kierunek zachodni. Fregata kotwiczy w górze portu, czyli nie ma raczej nadziei na wypłynięcie z tym pływem. Być może lepiej będzie, jeśli wejdę na pokład jutro. Jutro, najdroższa – dodał, patrząc na nią z czułością. – Jutro o świcie będziesz musiała wypuścić męża do jego naturalnego środowiska."

Ze zgrozą uświadomiłam sobie, że ostatnio pisałam coś w temacie zeszłorocznego wyzwania w lutym. Tym samym opóźnienie rośnie, ale ja się nie poddaję. Lutowe losowanie przyniosło mi czwarty tom cyklu o przygodach dzielnego kapitana Jacka Aubreya i jego przyjaciela lekarza-szpiega Stephena Maturina. Jednocześnie jest to trzeci jaki w ogóle przeczytałam. Czemu zabranie się za niego zajęło mi tyle czasu? Nie mam pojęcia... Zapewne powody były takie jak zwykle: inne książki, trochę pisania, inne książki... Tradycyjnie, gdy już się zabrałam, poszło szybko.

"Drogi Panie Komodorze! Pański przyjaciel wielce rozczarował mnie i moich oficerów, pozbawiając nas szansy stoczenia pięknej bitwy."

Tym razem autor, który często wykorzystuje w swych książkach elementy prawdy historycznej, posunął się jeszcze dalej. Praktycznie całość powieści oparta jest na autentycznej kampanii z okresu wojen napoleońskich, poza tym, że w wersji pana O'Briana komodorem zostaje Jack Aubrey, wezwany do służby w chwili, gdy życie domowe zaczyna go powoli przerastać. Ulga, odrobina wstydu i przede wszystkim radość – oto reakcje mężczyzny, który może się wyrwać z domu pełnego żony, teściowej i dwóch maleńkich córeczek, których sensu istnienia zdaje się on kompletnie nie pojmować.

"Po wybiciu czterech szklanek porannej wachty tego samego dnia znalazłem się na pokładzie, by dopilnować, żeby nasz nawigator, niekompetentny starszy człowiek, nie wpakował okrętu na mielizny Dry Salvages, co już by mu się o mały włos przytrafiło przy cyplu Penlee Point."

Dowodzenie okrętem, jak się łatwo domyślić, idzie mu znacznie lepiej niż zarządzanie domem, a spostrzeżenia doktora Maturina w tym temacie stanowią dla mnie źródło nieustającej radości. Co przede wszystkim kupuje mnie dla tego tomu i przy okazji dla całego cyklu, to ostrożne wejście w psychikę bohaterów. Nie ma tego wiele, ale jeśli już się pojawia to mamy do czynienia z konkretami i mocnymi stwierdzeniami. Pod tym względem zwłaszcza podobał mi się wątek kapitana Clonferta, człowieka tak bardzo niejednolitego, nieoczywistego w moim czytelniczym odbiorze. Co naturalne bowiem, odruchowo kieruję się opinią głównego bohatera o nim. A przecież jest to tylko opinia jednego człowieka i tak dobrze to widać w pewnych momentach. Podobnie kwestia kapitana Corbetta. Z jednej strony doskonały, odważny, bystry oficer. Z drugiej okrutnik i człowiek stawiający głównie na zewnętrzny blichtr. Ale nie tylko o bohaterach drugoplanowych mówi tym razem pan O'Brian. Również Stephen i Jack odsłaniają się nieco i pokazując swoje problemy emocjonalne i wady, jeszcze mocniej mnie-czytelnika ze sobą zżywają.

" Czuję, że negatywne emocje we mnie rosną w siłę, a choć moja pogarda i nienawiść wobec Bonapartego i jego okrutnego systemu to dobry stymulant, wątpię, czy sama nienawiść jest dobrą podstawą dla budowy osobowości. Z laudanum czy bez, gorycz zdaje się tryumfować nawet nad moim snem, gdyż śpię teraz często, a ona zawsze czyha na mnie zaraz po przebudzeniu."
"Dowództwo na Mauritiusie" to nie tylko książka przygodowa, to także doskonała lekcja historii, a także – jak zawsze – doskonały i interesujący wykład na temat takielunku, ożaglowania, czynników, które należy wziąć pod uwagę planując kurs, czy wejście do portu, a także zasad i podziału obowiązków panujących na okrętach Marynarki Królewskiej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że spora część czytelników może uznać te wszystkie rzeczy za niepotrzebny infodump, który spowalnia akcję i obniża zainteresowanie czytającego. Dla mnie jednak książki Patricka O'Briana wciąż pozostają kopalnią wiedzy o statkach, okrętach i specyficznym klimacie życia na nich. Chwała Stephenowi za to, że wciąż jeszcze jest z niego przede wszystkim szczur lądowy i należy mu ciągle wszystko wyjaśniać.

"Tytoń to medykament wspaniały, niecodzienny, iście boski, a jego działanie przewyższa jakiekolwiek inne panacea."

Nieodmiennie także podoba mi się ten pozorny brak emocji w tekście. Są one opisywane w taki sposób, w jaki prezentowali je oficerowie i dżentelmeni tamtego okresu. Skrycie, zza fasady spokoju, opanowania i dobrych manier. A mimo to – są stale obecne, choć czytelnik nie jest zalewany monologami wewnętrznymi bohaterów. Lubię.

PS. Ze słoika wypadł "Spadkobierca" C. J. Cherryh :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz