Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 17 października 2016

Siem ogląda: "Stranger Things"

No i się wciągnęłam w serial. Właściwie to trudno mówić o wciąganiu się. Po prostu mnie wsysnął, przetrawił i wypluł między godziną 14:00 a 22:00 w niedzielę. Z różnych stron docierały do mnie głosy, że fajny. Pierwsza była Pani Prezes ŚKF (trzeba się liczyć ze zdaniem góry), ostatnia Fraa. W tę właśnie nieszczęsną niedzielę rano rzuciła parę zachwyconych zdań. Przyznam, że rzadko reaguję na zachwyty serialowe. A jeśli już reaguję to potem jest jeszcze zwykle weryfikacja Monszem. Seriale są trudne. Są w odcinkach. Trwają. I trwają. I poszczególne odcinki są ze sobą związane. I to już nie są seriale, gdzie każdy odcinek jest o czym innym, niczym MacGyver, ani nawet nie takie, jak moja ulubiona opcja, czyli taka, gdzie mamy pojedyncze przygody, a ponad nimi jakiś przemykający z odcinka na odcinek wątek większy, jak to było choćby w FireFly. To są po prostu długie filmy podzielone na odcinki i jak wejdziesz, to trudno wyjść. A co najgorsze – kręcone są nowe sezony... Brrr... Ja po prostu boję się seriali jako wymagających zjadaczy czasu, a poza tym, już mi się nieraz zdarzało odczuwać niesmak i zawód z gatunku "czemu nie zejdą ze sceny, kiedy jeszcze są na górce?" w odniesieniu do któregoś kolejnego sezonu. Taki Dexter na ten przykład. Był świetny. A potem przestał. Dlatego zwykle długo, długo się waham zanim zacznę oglądać pierwszy odcinek.

Ostatnio weryfikowałam Monszem trzy seriale. Pierwszy na tapetę poszedł Kaznodzieja. Obejrzeliśmy sześć odcinków. Pierwszy nas zachwycił (wampir!!!), kolejne wciąż miały fajne momenty, ale jednak jakoś... czegoś... brakowało...? Jakiejś zahaczki, żebym była ciekawa co dalej. Bo one trochę wszystkie były jak pierwszy...? I w sumie to nie tak, że my przestaliśmy z premedytacją oglądać Kaznodzieję. My po prostu kiedyś... jakoś... zapomnieliśmy obejrzeć kolejny odcinek. Może jeszcze kiedyś obejrzymy. Wcale nie wykluczam. Drugi był Westworld. Obejrzeliśmy jeden odcinek. Monsz się wiercił, krzywił, wzdychał. Na końcu powiedział, że więcej odcinków oglądał nie będzie. Ja bym tam może i obejrzała, choć chyba niekoniecznie z przyjemnością, ale tak sama to nie wiem. Czasu mi trochę szkoda. Trzeci to Stranger Things. Obejrzeliśmy cały sezon. Ciurkiem. Od pierwszego do ostatniego odcinka z czterdziestominutową przerwą, kiedy padł domowy Internet. Byliśmy źli, że padł, ale pobiegłam pospiesznie machnąć mały gulasz "na jutro", bo w tygodniu to słabo z gotowaniem. Miałam robić tyle innych rzeczy... Miałam tylko zobaczyć o czym to jest, jakie to jest i czy ewentualnie chcielibyśmy temu poświęcić więcej czasu. Wsysnął nas. Przetrawił. I wypluł w okolicach godziny 22:00. Czekających na drugi sezon. Choć oczywiście nie bez niepokoju. Bo co jak nie będzie tak fajne, jak za pierwszym razem? Bo myślę sobie, że może być trochę jak ze zwiedzaniem drugi raz tego samego miejsca. Magia za drugim razem jest jakaś taka rozrzedzona.

A magii było dużo. Najpierw scenografia. Kupiła mnie miejscówka, kupiły mnie plenery – las, tekturowe domki nad jeziorami, wyrobisko, samo miasteczko. Potem czas akcji. Nie wiem, czy zagrały sentymenty? Wspomnienia z dzieciństwa? Przeogromnie fajnie mi się patrzyło na te lata osiemdziesiąte. Ten akurat klimat był moim zdaniem idealny do tematu. Świetne były też kolory – kiedy trzeba lekko wyblakłe, poszarzałe, kiedy trzeba mocne, ale zawsze w ciepłych tonach, albo chociaż z kroplą cieplejszego tonu. Bardzo mi się podobało udźwiękowienie. I wybrane kawałki muzyczne i operowanie dźwiękiem przy podnoszeniu napięcia. Innymi słowy to wszystko, co buduje tło historii, co działa na zmysły odbiorcy, moim zdaniem zrobione zostało rewelacyjnie.

Ale to nie to jest najważniejsze w serialu, prawda? Może być nie wiem, jak ciekawy wizualnie, ale jeśli nie będzie miał bohaterów, których losy – a więc fabuła! – obejdą widza, to raczej trudno będzie go uznać za dobry serial. Twórcy Stranger Things, bracia Matt i Ross Duffer, stanęli na wysokości zadania. Dzieciaki są wspaniałe, dorośli wiarygodni w tym, co ich spotyka. Są postacie, które irytują, są takie, które wzbudzają gniew, takie, którym się nie ufa i takie którym się kibicuje, zamykając oczy w szczególnie niebezpiecznych momentach (tak, zdarzyło mi się). Są i takie, które wzbudzają uwielbienie (pan Clarke!). Ponadto bardzo kupuję relacje między nimi. UWAGA TO CO PONIŻEJ MOŻNA UZNAĆ ZA SWEGO RODZAJU SPOILER! Nie wiem, jak to opisać, ale moim największym problemem przy wszelkich historiach jest totalna nieufność, węszenie wszędzie zdrad, podstępów, ale także i to, że one faktycznie nagminnie występują. Stranger Things i pod tym względem jest inne. Och, bynajmniej nie znaczy to, że wszyscy są różowi i puchaci. Nic bardziej mylnego, tyle że w jakiś sposób z punktu widzenia mnie-widza wszyscy są uczciwi. ZAGROŻENIE SPOILEREM MINĘŁO!

Sama fabuła jest może prosta, ale za to podana w ciekawy sposób, a rozwiązania wątków pobocznych nie są ani oczywiste, ani sztampowe. Innymi słowy, historia mnie wciągnęła, bohaterom kibicowałam z emocjami, które kazały mi im podpowiadać, a czasem łapać się rękawa Monsza, siedzącego na szczęście tuż przy mnie. Oglądając, w żadnym momencie nie doznałam jakiegokolwiek uczucia dyskomfortu, nie było reakcji typu "nie chcę już tego oglądać" (a to zdarzyło mi się na przykład przy pierwszym odcinku Westworld albo w trakcie oglądania Piratów), cały czas patrzyłam w ekran z przyjemnością i zaangażowaniem. Po prostu serial dla mnie i dlatego zaufam twórcom, czekając z napięciem na drugi sezon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz