Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 30 listopada 2016

O tym, jak położyłam NaNo, bo położyłam NaNo

To jest Pinta. Pincie jest przykro, bo Siem w tym roku nie wygrała NaNo. Nie wygrała, bo nie pisała w pocie czoła 1667 s(ł)ów dziennie, zatem Pinta miała znacznie mniej okazji do wylegiwania się na kolanach/nadgarstkach/klawiaturze i stąd jej smutek zapewne.

Siem gdzieś w okolicach września tego roku postanowiła ostatecznie, że nie będzie pisać NaNo w listopadzie, ponieważ rozsądek, rozsądek, rozsądek. Każdy z tych trzech rozsądków mówił jasno, że to zły rok dla NaNo Siem. Mózg kompletnie zajęty czym innym, serce pędzące ku Niezatapialnej w fazie korekty, prac składowych i w ogóle ku Niezatapialnej (budzenie się w środku nocy z paniką w temacie przecież okręt nie ma kapitana, Siem, idiotko, ogarnij się! to taki standard ostatnich paru miesięcy), a co za tym idzie kompletny brak przygotowania nie tylko fizycznego (jakiś plan?...) ale też psychicznego (zanim zaczęłam pisać Niezatapialną przez pół roku każdego dnia się w nią wkręcałam na różne sposoby, choćby mi się wydawało, że nie) był dość jasną wskazówką: NIE, SIEM, NANO 2016 NIE JEST DLA CIEBIE. I co Siem zrobiła? Jak zwykle grzecznie (nie) posłuchała rozsądku. Okładkę zrobiła. Projekt założyła. Publicznie oznajmiła, jak to pisać będzie. Pisała dwa dni. Stwierdziła, że pisze wcale nie tak, jak chciała. Zatrzymała się. Zaczęła pisać raz jeszcze. Było lepiej, ale wcale nie było tak, jak miało być. No i skończyło się tak, że rozsądek dogonił Siem w okolicach szóstego listopada.

Mogę to podsumować tylko tak: jestem całkiem zadowolona z tego, że tak szybko się zorientowałam, że nie, nie muszę. Że to miała być uciecha, a nie miesiąc bólu z powodu marnowania czasu. Że przecież chcę tekstu, nie notatek (patrz zeszły rok), że byłoby fajnie, gdyby coś z tego wzbudzało zadowolenie, a nie poczucie porażki mimo zwycięstwa. Zamiast więc pisać cokolwiek, zaczęłam po pierwsze myśleć porządnie nad Przygodami niewiarygodnej Pike i mam wrażenie, że doszłam do ładu z wizją kolejności przedstawiania wydarzeń  tych już spisanych parę lat temu i tych, które trzeba dołożyć, by powieść stała się czymś więcej niż opisem radosnego biegu przez planszę z punktu A do B. Po drugie przeczytałam Powstrzymać nieuniknione  znaczy tę jego część, którą zdążyłam kiedykolwiek napisać. Tu nadal serce walczy z rozumem o poszczególne wątki, ale przynajmniej na pewne postrzyżyny w ramach wątków nie do wywalenia serducho się zgodziło. Po trzecie poprawiłam po raz ostatni (OSTATNI) Eksperyment profesor Kenner. Po czwarte napisałam opowiadanie! Opowiadanie w realiach XIX-tego wieku, z akcją rozgrywającą się na ziemiach polskich pod zaborem pruskim i do tego takie, którego temat przewodni urodził się dobre półtora roku temu. Się długo rozkręcam... Długo też grzebałam w różnych źródłach po to, żeby się lepiej wkręcić w klimat, choć nie rzucam w samym tekście przesadnie historią, jeśli w ogóle. Jestem z niego zadowolona. Tak. Jestem z niego zadowolona. Zobaczę, czy na przykład za dwa tygodnie nadal będę zadowolona, ale na razie jest teraz i jestem ;) 

To był dobry listopad. Znów się dużo o sobie nauczyłam. Na przykład, że potrafię misternie rzeźbić zdania tak, by każde słowo było na miejscu i niezbędne (znaczy teraz tak wyglądają, zobaczymy jak to z nimi będzie choćby za dwa tygodnie...). Patrzyłam na dzielne NaNowce pędzące do mety i choć było mi smutnawo, że nie pędzę z nimi to okazało się, że słońce nadal wschodzi mimo wszystko... I to zupełnie nie tak, że ja już nigdy nie napiszę 50k s(ł)ów w listopadzie. Albo, że nie spróbuję napisać 50k s(ł)ów w listopadzie. Ale na pewno lepiej się do tego przygotuję. A teraz ja, moja przegrana i moja smutna Kot idziemy planować sceny do napisania jutro ;)


4 komentarze:

  1. Wznoszę toast, bo prawdę mówisz i od teraz biorę z Ciebie przykład. Dla mnie to było tragiczne nano i tylko wrodzony grafoman i chęć zdobycia 50k pchnęły mnie do zwycięstwa. Nigdy więcej. Nie jest to warte tej pogardy, którą teraz do siebie czuję. Tak więc nie smutaj, bo zrobiłaś dobrze. I owocnie spędziłaś ten miesiąc.
    c(__)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. c(__)!!! :D Owocnie, tak i naprawdę się cieszę. Ale to było trochę takie dziwnie gorzkie patrzeć na społeczność z kąta :|

      Usuń
  2. Meh. Ja żałuję, że nie siedziałam w kącie. Albo że w ogóle na spacer na ten czas nie wyszłam. Never again. Kac moralny do końca życia. Jutro kupuję kordonek i będę szydełkować. A Ty masz dwa (?) teksty! Ja nie mam nawet okrucha notatek! Czas stracony. Jak by go za dużo było...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli, generalnie pozytywnie! Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń