Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 25 stycznia 2017

Andrzej Mularczyk – "Co się komu śni. I inne historie"

Autor: Andrzej Mularczyk
Tytuł: Co się komu śni. I inne historie
Rok pierwszego wydania: 1968 (Co się komu śni) i 1983 (Czyim ja żyłem życiem)
Wydawnictwo: Dowody na Istnienie, Imprint Fundacji Instytut Reportażu, Warszawa 2015
Liczba stron: 424

Przeczytane: 15 stycznia 2017
Ocena: wspaniała!  

"Smakujcie te reportaże, pławcie się w obfitości słów; bo tak właśnie czyta się teksty Mularczyka: płynie się przez nie, a jeśli ktoś nie umie pływać, niech kroczy, a będzie iść krokiem tanecznym. To nie są teksty poszatkowane na krótkie, szybkie akapity, porwane jak liście sałaty, wystrzelane zdaniami: co kropka, to pocisk, co puenta, to mała śmierć. Tak jak on już się nie pisze, nie ma na to miejsca w gazetach, nie ma czasu, pieniędzy. Reportaż? O miłości? Na pięćdziesiąt tysięcy znaków ze spacjami?"

Autorką powyższych słów jest Julianna Jonek. Pochodzą ze wstępu, który ułożyła do wydanego w 2015 roku wznowienia reportaży Andrzeja Mularczyka wybranych z dwóch wcześniejszych tomów: "Co się komu śni" i "Czyim ja żyłem życiem". Przytaczam je, bo uznaję, iż lepiej niż moje zachęcą do sięgnięcia po teksty, które powstały pięćdziesiąt lat temu, korzeniami sięgają do czasów wojny, a ja – czytelnik dzisiejszy – nadal jestem w stanie podczas lektury czuć więź z bohaterami.

Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie dogoniło mnie nazwisko Andrzeja Mularczyka. A przecież jego twórczość – jak chyba wszystkich w Polsce – wielokrotnie. "Sami swoi", "Dom", czy nawet powieść radiowa "W Jezioranach", której co prawda nie wysłuchałam nigdy żadnego odcinka, ale przecież słyszałam o niej niejeden raz, tak mocno wrosła w polską rzeczywistość kulturową. Jak to jest, że człowiek zapamiętuje nazwisko reżysera, a na człowieka, który napisał scenariusz uwagę zwraca znacznie, znacznie mniejszą, jeśli w ogóle? Dobra lekcja dla mnie. Uważniejszym odbiorcą chcę być w przyszłości. 

Tym większa też moja wdzięczność dla tego, kto wrzucił do mego Słoika Podrzutków tę pozycję i wzywam tego kogoś do ujawnienia się, bym mogła wdzięczność wyrazić osobiście i gorąco. Zaiste dobry to był pomysł poprosić znajomków o niespodzianki do czytania.

O czym to właściwie jest?

"– ... I kiedy po tym tyfusie na oczy przejrzał, rękę wyciągnął i mnie po włosach pogłaskał, i kiedy ten list jeden jedyny w życiu od niego dostałam, i kiedy po pięciu latach niewidzenia, budząc się, przeczułam, że to jest dzień, który mi go znów pozwoli przywitać, i kiedy mnie drugi raz w życiu onże sam do ślubu prowadził, i kiedy ten pierścionek podarował za urodzenie Roberta, a nawet i wtedy, jak znalazłam psa sztywnego przy budzie, czymś zatrutego, co było znakiem, że on jest, że krąży gdzieś blisko, i teraz też, kiedy się dowiedziałam, że jest w tym domu bez klamek nałogiem całkiem oczumaniony – to jakbym się na nowo narodziła."

O ludziach. Jak to w reportażach. O miejscach, w których żyją. O tym, jak żyją, o tym po co. O radościach i dramatach rozciągniętych na lata, skondensowanych na kilkunastu/kilkudziesięciu stronach. O faktach. Prawdzie. Takiej, która czasem nie mieści się w głowie, w którą nieraz trudno uwierzyć, ale się wierzy, bo to reportaż. Wierzy się w to, co się czyta, bo ufa się temu, co do ludzi dotarł, wysłuchał, spisał ich słowa. Nadał im (i słowom i ludziom) znaczenie tym właśnie, że się ku nim pochylił, okazał zainteresowanie, ciekawość zwykłą i nie oceniał. Po prostu słuchał, a potem podał dalej opakowane w piękny język literatury. Bo poszczególne opowieści, poza tym, że przejmujące same w sobie, są też napisane w taki sposób, że mocniej jeszcze uderzają, mocniej ściskają i lepiej się je zapamiętuje. 

"W zaciśniętych kurczowo dłoniach zdusiłem wyrwane zielsko. Dziś wiem, że to była macierzanka, ale wtedy tylko ten skurcz i zapach. Ten zapach. Ten zapach. Czy odczuwa się ból od śmiertelnego pocisku? Czy usłyszę jeszcze huk, czy tylko coś przetnie ten drgający słup powietrza i świat przestanie istnieć? Jak się pada? Na twarz? Na plecy? Nie, to nie było myślenie, to było pocenie się, pot oblepiał, spływał, rozmiękczał kości."

To nie są łatwe opowieści. To wojenne powidoki. Historie ludzi, którym wojna i czas powojenny wiele zabrały, ale bywało też – jakby  wbrew, jakby w dowód oporu – że coś dawały. Przyznam, że boję się takich historii. Unikam ich. Jeśli wiem, że coś będzie dla mnie trudne, że wywoła smutek, żal, wściekłość, bezsilność – i to takie, z którymi nie można sobie poradzić prostym: to tylko książka! – omijam to. Widzę w tym swoiste tchórzostwo i wstydzę się tego. I jeśli już odważę się wreszcie sięgnąć – jak sięgnęłam po reportaże Andrzeja Mularczyka – nie żałuję.

Nie żałuję bo to są teksty tak bardzo warte przeczytania! Historie ludzi, których opisują są tak bardzo warte pamiętania! Wyłuskane spośród tylu innych. Zdobyte z wysiłkiem – to nie tak, że można było napisać maila, umówić się na kawę w dogodnej porze. To był czas listów w kopertach i podróży na końce świata, czas – bo bywało i tak – niezapowiedzianych wizyt. I nie ukrywam, dla mnie ma to dodatkowy wymiar, nadaje reportażom opisującym podwórko, które przecież uważam za własne, smaku przygody, romantycznego porywu. Ale nie dlatego kiedy już zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać (co doprowadziło na przykład do wyskakiwania z autobusu w ostatniej chwili, bo cudem tylko wychwyciłam nazwę przystanku w nieznośnym szumie tła). Nie mogłam przestać, bo nie byłam w stanie zostawić tych, o których czytałam, nie dowiedziawszy się o nich wszystkiego. Czytałam i czułam się z nimi związana. Z każdym. Porównywałam siebie z nimi. Bałam się o nich. Chciałam dla nich jak najlepiej. Złościłam się z nim. Byłam tam, gdzie oni. Czułam zapachy, wsłuchiwałam się w dźwięki, bolały mnie zdarte na murze kostki palców. To aż dziwne. Bohaterów i mnie dzielą dziesiątki lat. W innych światach żyjemy. A przecież to, co najważniejsze dla mnie i dla nich wciąż jest takie samo.

"– Spotykam cię, bo to jest nasze przeznaczenie – powiedział. – Teraz już nie możemy się rozminąć.
Przestaje opowiadać. Majewska czeka i wreszcie słyszy:
– No i się nie rozminęliśmy. To było jak elektryczne wyładowanie wielkiej mocy. Od tamtej nocy jesteśmy razem do dziś." 

Boję się, że nie potrafię wyjaśnić, co mnie w tej książce aż tak zachwyciło. Po prostu każdemu polecam, niech się sam przekona. Czuję, że wszystko, co chcę powiedzieć jest miałkie i jakieś takie nijakie w porównaniu z tym, z czym się zetknęłam. Ja się zwyczajnie cieszę, że czytałam i chcę do tych tekstów wracać, nawet jeśli własne pisanie wydaje mi się teraz jakieś mdłe i niepotrzebne. Wstyd po prostu wymyślać te fikcyjne zdarzenia, które muszą być prawdopodobne i którym tak łatwo zarzucić kicz i zbytnią naiwność, a na dodatek nigdy nie będą w stanie tak poruszyć czytelnika, jak te najbardziej zdałoby się niewiarygodne, niewyobrażalne, a nieraz może i odrobiną banału trącące historie żywych ludzi. Ci, którzy tworzą fikcję to tylko naśladowcy życia. Twórcy reportażu, życiem oddychają. I tylko tuż przed rozstaniem, gdy czytałam wywiad z autorem zamieszczony na końcu zbioru, gorzko mi się zrobiło, kiedy powiedział, że dziś już nie ma takich historii, nie ma się czym emocjonować. Nie wierzę w to. Historie są różne, bo każdy czas ma własne, ale każdy ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz