Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

wtorek, 28 lutego 2017

Dziś oficjalna premiera!

Tak.

To już dziś. Oficjalna premiera "Niezatapialnej". Najwyższa pora uwierzyć, że się dotarło do tego miejsca, się przeszło całą drogę od pierwszego delikatnego szturchnięcia Wena do powieści zamkniętej między okładkami na zadrukowanych stronach, się wzięło, zawzięło i się ma.

To jest tak bardzo niesamowite. Cała droga, ponad trzy lata działań okraszonych nadzieją, wściekłością, smutkiem, poczuciem porażki, podnoszeniem się, frustracją bezsilnością, radością, euforią wreszcie. Tymi wszystkimi pierwszymi razami. Pierwszą pozytywną czytelniczą reakcją, pierwszą zachętą
"zrób z tym coś", pierwszą autorską redakcją, pierwszymi zmianami, dopiskami, przeróbkami, pierwszym mailem wysłanym do wydawnictwa (jak mi serce waliło, gdy klikałam "enter"!), pierwszą odpowiedzią (oczywiście nie pozytywną) i pierwszą z tych dających nadzieję. Pierwszą rozmową "na poważnie" w wydawcą (to był czerwiec 2015 roku, pamiętam bardzo dobrze, bo jechaliśmy wtedy do Tychów i ja całą drogę z Gliwic wisiałam na telefonie). Potem był listopad i podpisaliśmy umowę, a data wydała mi się bardzo znacząca. Potem był czas ćwiczenia się w cierpliwości, bo przecież nic nie dzieje się od razu, a Genius Creations to nie żaden moloch i zwyczajnie moce przerobowe są ograniczone.

Kolejne etapy
redakcja, korekta i myśli o panicznej ucieczce. Że nie dam rady, nie podołam, że cała ta praca i czy na pewno powinnam? I potem emocje ogromne, gdy przyszła wersja do składu i pierwsza wizja okładki, i kiedy pojawiła się pierwsza zapowiedź na jednym z portali.

Za każdym razem było tak samo
serce w gardle, skurcz w piersi, najpierw zaprzeczenie, jakieś takie wyparcie, a potem wreszcie najzwyczajniejsza na świecie radość. Radość, bo zrobiłam coś od A do Z swojego. Zaplanowałam, uwierzyłam, działałam i doprowadziłam do końca. Nie sama. Co to to nie. Na każdym etapie miałam przy sobie osoby, które wspierały, podtrzymywały, nie pozwalały zwątpić. Dzieliły się siłą, doświadczeniem, radziły, pomagały wylać frustrację, nie nudziły się biadoleniem, cieszyły się ze mną i chwaliły, gdy było za co. I te osoby wiedzą, że o nich mówię. I że jestem im wdzięczna. I że banalnie, jak tylko można, ale równie prawdziwie bez nich niczego by nie było. A jest.

Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz