Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 22 lutego 2017

Mark Z. Danielewski – "Dom z liści"

Autor: Mark Z. Danielewski
Tytuł oryginału: House of Leaves
Rok pierwszego wydania: 2000
Wydawnictwo: MAG, Warszawa 2016
Ilość stron: 795
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła

Przeczytane: 4 lutego 2017
Ocena: niezwykła, na tyle, że tym razem wpis nie obejdzie się bez pewnego rodzaju spoilerów

"A potem – niech się dzieje, co chce – odwrócisz się, niezdolny do tego, by stawić opór, chociaż mimo wszystko spróbujesz się opierać, będziesz walczył ze wszystkich sił, żeby nie stanąć twarzą w twarz z tym, czego lękasz się najbardziej, tym, co jest, będzie i zawsze było istotą, którą naprawdę jesteś, istotą, którą wszyscy jesteśmy, pogrzebaną w bezimiennej czerni imienia."

"Dom z liści" to jedna z książek-przypadków. Weszłam do biblioteki w chwili, gdy była wpisywana do katalogu i Bibliotekarz pół-żartem pół-serio zaproponował mi lekturę. Może mu się nie chciało szukać dla niej miejsca na półce ;) Zaczęłam oczywiście od kartkowania. I tak  zwyczajnie dałam się uwieść nietypowemu składowi. Strony z pojedynczymi słowami, zdanie zwinięte w ślimaka, notatki na marginesach i przypisy dłuższe niż rozdziały, przy których stoją. Trudno się nie zastanowić, czy to ma sens z punktu widzenia historii? Czy jest jedynie pustą zabawą, mająca na celu skusić czytelnika oryginalnością? Większość pytań, jakie mi zadawano, gdy się przyznawałam, że czytam "Dom z liści" kręciło się wokół  czy to aby nie przerost formy nad treścią? Odpowiadam: dla mnie nie. Dla mnie forma współgra z treścią, jest wręcz elementem treści, sugeruje mi-czytelnikowi sposoby rozumienia, pcha w konkretnych kierunkach, a zamieszczone dodatki (tekstowe, ale też w postaci zdjęć, kolaży, skanów listów i notatek) pozwalają zmienić się w odkrywcę, poczuć się tak, jakby się faktycznie było kimś, kto znajduje skrzynię pełną starych papierów i rolek filmu i przeglądając znalezisko poznaje historie.


" Jak ja się tu znalazłem, do kurwy nędzy?
Dom odpowiada mu wymowną ciszą."


Historie  bo to nie jest jedna opowieść. Czytelnik poznaje równolegle losy Willa Navidsona (fotoreportera i twórcy dokumentów filmowych o domu przy Ash Tree Lane, do którego wprowadził się wraz ze swą partnerką i dziećmi, by poukładać coś w swoim życiu), Johnny'ego Wagabundy (przypadkowego znalazcy notatek gromadzonych przez zmarłego Zampano, autora obszernej, niedokończonej i dopiero teraz  w tej niedoskonałej formie   publikowanej rozprawy naukowej na temat filmów i życia Navidsona) a także samego tytułowego domu. Ta ostatnia stanowi element grozy w czystej postaci  niewyjaśnione zjawisko podprzestrzeni, chłód, mrok, ofiary. Ta środkowa (Johnny'ego) jest drogą bohatera w głąb własnej psychiki i pamięci. Poznajemy go we wstępie, potem poprzez wplatane w rozbudowane przypisy  scenki z jego życia, w których wyraźnie widać dramat skrywany pod płaszczykiem beztroskiego hedonizmu i wreszcie w dołączonym przez wydawcę pamiętniku z podróży w poszukiwaniu domu. Ta pierwsza (Navidsona) stanowi coś w rodzaju szczegółowego studium przypadku sporządzonego przez Zampano, a jednocześnie mimo przyjętej pseudonaukowej formy, nie można w żadnym razie odmówić jej literackości. Do tych trzech historii mogłabym dodać jeszcze jedną  najsłabiej zarysowaną, pełniącą raczej funkcję ducha unoszącego się nad całością. Historię samego Zampano  ociemniałego (tak zakładam, bo nawet jeśli pisał swą rozprawę jako człowiek niewidomy, to przecież obejrzał filmy, prawda? A może jest w tym coś więcej, coś, czego nie zrozumiałam?) samotnego mężczyzny, który wydaje się być kimś, kto grozę Domu z liści pojął dogłębnie i stał się jej ofiarą. Kogoś, kogo poznajemy przez to, co uznawał za warte zanotowania, co postanowił wykreślić ze swego tekstu, a także w tych drobnych chwilach, gdy do naukowej rozprawy może nieco nieświadomie wkładał swoje odczucia.

"[...] w ostatnich scenach w prawym górnym rogu kadru widoczna jest maleńka błękitna iskierka, wypłakująca swój blask w pustkę; wystarczająco mocna, żeby było ją widać, zbyt słaba, by cokolwiek oświetlić."

Wszystkie wątki początkowo biegną równolegle. Momentami mogę decydować, który poznam szybciej – tylko ode mnie zależy, czy najpierw przeczytam przypis, czy jednak to, co pozornie wydaje się właściwą treścią rozdziału. Ode mnie zależy, czy wgłębię się w marginesowe wyliczanki Zampano – graficzny dowód obsesji, czy sięgnę do dodatków, by poznać relację Johnny'ego z rodzicami. Podobało mi się to bardzo. Jestem typem czytelnika bałaganiarza. Często wertuję czytaną książkę, cofam się, powtarzam fragmenty, gdy zdaje mi się, że gdzieś napotkałam światło rzucane na wcześniej zamieszczoną wskazówkę. Zdarza mi się też wybiegać w przód, muskać wzrokiem tekst na wpół bezmyślnie, żeby za dużo nie wiedzieć, ale żeby jednak coś wiedzieć. Tak – nie straszne mi spoilery. Bywa, niecierpliwie liczę strony, sprawdzam, gdzie pojawi się konkretny bohater, na którym najbardziej mi zależy. Z powodu tego nieco chaotycznego być może sposobu przyswajania literatury "Dom z liści" okazał się po prostu stworzony dla mnie. Mogłam to wszystko robić absolutnie legalnie. Z błogosławieństwem autora.  Ale to była tak naprawdę dygresja, więc wróćmy do książki właściwej. Ta równoległość w pewnym momencie się kończy. Wątki zaczynają mieć na siebie wpływ. Niektóre się zlewają. Ten popycha do zrozumienia tamtego. Wątek Navidsona zwalnia łagodnie, wątek Johnny'ego przyspiesza niczym pędząca w dół kolejka górska. I to wszystko pasuje. Na zakończenie każdego z nich czekam z tym samym napięciem. Chcę się dowiedzieć, co z domem, chcę się dowiedzieć, co z dalszym życiem Willa i jego rodziny, chcę odkupienia dla Johnny'ego. Zampano kończy swą rozprawę. Domu nie ma, był, jest i będzie. Minęły trzy tygodnie od lektury, a ja jestem pewna, że gdybym przeczytała tę książkę jeszcze raz, zobaczyłabym ją inaczej, bardziej, dokładniej. 

"Szkoda, że mrocznym językom rzadko jest dane przetrwać.
Ledwie zostaną wymyślone, natychmiast umierają, niezdolne przeniknąć cokolwiek, zbadać, połączyć. Okrutnie piękne, ale najczęściej niewystarczające."

Co jest w "Domu z liści" osobno satysfakcjonujące to sposób napisania. Dbałość o to, by narracja Johnny'ego była inna niż narracja rozprawy Zampano. Celowość "udziwnień" składu, ich wpływ na obrazy tworzone w głowie, na rozszerzenie repertuaru zmysłów, którymi odbierałam tę książkę. Podobały mi się długie, przyspieszające zdania w przypisach i ostre cięcia pojedynczych słów. "Dom z liści" ma moim zdaniem świetną melodię. A już prawdziwą radosną wisienką na torcie był dla mnie fakt, iż wydawnictwo zadbało o to, by w polskiej wersji tekst wykropkowany pismem Braille'a był także przetłumaczony. Prawdziwy miód.

I naprawdę polecam.

4 komentarze:

  1. Chyba widziałam to szaleństwo formy na zdjęciach od Ciebie i po tym wpisie coraz bardziej jestem zaintrygowana tą książką. Czy i mnie by zagrała ta zabawa formą, bo kurcze lubię takie próby wyjścia poza utarty standard. A jeśli jeszcze treść nie pozostaje za formą, to... Chyba zacznę się na to czaić. :3

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja tylko dodam coś, co już ci powiedziałam, ale może inni też będą zainteresowani. Siostra Marka, Anne znana pod pseudonimem Poe nagrała album połączony z książką brata. Albumu można posłuchać na Spotify: https://open.spotify.com/album/2ZR6XwRT2aKHK84xU7U0SW

    Teksty piosenek: http://www.markzdanielewski.info/poe/index.html

    Info z Wiki na temat albumu i książki:
    "House of Leaves was accompanied by a companion piece (or vice versa), a full length album called Haunted recorded by Danielewski's sister, Anne Danielewski, known professionally as Poe. The two works cross-pollinated heavily over the course of their creations, each inspiring the other in various ways. Poe's statement on the connection between the two works is that they are parallax views of the same story. House of Leaves references Poe and her songs several times, not only limited to her album Haunted, but Hello as well. One example occurs when the character Karen Green is interviewing various academics on their interpretations of the short film "Exploration #4"; she consults a "Poet," but there is a space between the "Poe" and the "t," suggesting that Poe at one point commented on the book. It may also be a reference to Edgar Allan Poe.
    The album Haunted also draws heavily from the novel, featuring tracks called "House of Leaves", "Exploration B" and "5&½ Minute Hallway", and many less obvious references. The video for "Hey Pretty" also features Mark Danielewski reading from House of Leaves (pages 88–89), and in House of Leaves, the band Liberty Bell's lyrics were also songs on Poe's album."

    A jeśli komuś się podoba Poe, to udzielała się także w niejakim projekcie Conjure One, na pierwszych dwóch płytach. Tak też ją odkryłam w 2002 :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta książka to chyba największe moje literackie zaskoczenie tego roku. I to pozytywne! Z czymś takim nie miałam dotąd do czynienia. ☺

    OdpowiedzUsuń