Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

niedziela, 21 maja 2017

Siem zwiedza: w poszukiwaniu "Niezatapialnej"

SS "Ruthof" aka MZ "Niezatapialna"
Blog żyje! Ja żyję! Wszyscy żyjemy! Ogarnianie zdjęć zawsze jest trudne i w sumie przyznam, że właściwie ich nie ogarniałam a jedynie przesiałam i wyprostowałam te obłędnie krzywe, bo ja to jednak chyba muszę być przekrzywiona bardziej, niż to widać na pierwszy rzut oka, jak patrzę na te dziesiątki ujęć i żadne nie trzyma pionu...

W każdym razie, przyszła pora, aby podzielić się ze światem moją majową radością. Krótki (!) czterodniowy majowy weekend sponsoruje taki oto obrazek, który wczesnym latem 2013 roku wypadł na mnie z czeluści Internetów:

Czyż nie jest piękny? źródło

Przeczesywałam je wtedy entuzjastycznie gnana kiełkującym ziarnem pomysłu na powieść i kiedy zobaczyłam "Ruthofa" pomyślałam: "Wow! To ona!". Oczywiście nie dokładnie ona. Głównie chodzi o ustawienie kominów i te tambory otoczone nadbudówkami i smukłość kadłuba... Po prostu mi się spodobał... Można rzec zakochałam się ;) Błądzenie po Internetach wkrótce zaowocowało wiedzą, że "Ruthofa" można nie dość, że zobaczyć na żywo, bo stoi zacumowany na Dunaju w Ratyzbonie, to jeszcze można na niego wejść, bo to element Muzeum Żeglugi Dunajskiej. Od tamtej pory czekałam na moment, kiedy wreszcie stanę na pokładzie. A czy mogłabym sobie wymyślić lepszą nagrodę za wydanie "Niezatapialnej"? I lepsze źródło natchnienia dla pisania "Nieuniknionego"?

Wyruszyliśmy 2 maja, spokojnie, po odstawieniu kota do cioci, około godziny 8:30. Na miejscu byliśmy mniej więcej o 16:00. Hotel Bavaria położony na uboczu, ale w odległości sympatycznego spaceru od turystycznego centrum miasta (20-30 minut zależnie od tempa i ilości robionych po drodze zdjęć), gdzie można się zameldować za pomocą machiny z ekranem dotykowym piszącej do człowieka z Polski, bojącego się kontaktów z innymi człowiekami, w jego ojczystym języku. Wzruszyłam się! Pokój jasny, wygodny, czysty, łóżka odpowiedniej twardości i przyznam z niejakim zażenowaniem, że zaskoczyło mnie codzienne sprzątanie... Najwyraźniej w naszych podróżach do tej pory operowaliśmy w innych standardach ;) A wiecie ile taki hotelowy personel musi wiedzieć o gościach? Pierwszy raz się nad tym zastanowiłam...

Ale nie o tym po szybkiej kawie/herbacie ruszyliśmy (ja niemal biegiem i tylko spokojny rozsądek Monsza wyhamowywał mnie na zakrętach) nad Dunaj. Pierwsze wrażenie było mniej więcej "nie wierzę...". Drugie "och, to ONA!". Na drugi dzień weszliśmy na pokład.
Siem przygotowuje się do objęcia funkcji kapitana ;)
Zapłaciliśmy za zwiedzanie "Ruthofa" i wieży zegarowej składu solnego położonej na średniowiecznym moście po 4 euro od głowy i mieliśmy cały statek dla siebie. Przez cały czas naszego węszenia po dostępnych zakamarkach nie pojawili się na nim inni turyści. To było z jednej strony fajne, z drugiej zdumiewające i przykre. Widać, że "Ruthof" jako muzeum ma swoje najlepsze czasy za sobą. Drugą nieco z mojego punktu widzenia niefajną sprawą (choć rozumiem dlaczego tak jest) był brak napisów w języku angielskim. Z niemieckiego rozumiem kilka słów. Tak bardzo za mało! Robiłam zdjęcia tabliczek i niniejszym dziękuję mojej Katarzynie, zwanej Kanterial za tłumaczenie <3 Co można podziwiać wewnątrz? Po pierwsze modele holowników dunajskich od najwcześniejszych drewnianych barek przez bocznokołowe parowce do nowszych statków napędzanych silnikami diesla; po drugie narzędzia służące do ich budowy, a także plansze przedstawiające historię żeglugi; po trzecie maszynownię. W tym ostatnim miejscu spędziliśmy najwięcej czasu. Więcej nawet niż na bieganiu po pokładzie między nadbudówkami, dziobem, rufą, sterówką, kołami i kominami, które montowano tak, by mogły się składać przed przejściem statku pod mostem. Tyle do podziwiania, tyle do zapamiętania!


Z kolei wieża zegarowa oferowała kopie planu rejsów statków pasażerskich i ich cennik (mieli taryfę dla piesełków!), a także mechanizm zegara no i widok... Widok na różnorodność ciasno ułożonych dachów, na rzekę i most spinający jej brzegi, na dwa młyny i wieże katedry. Ratyzbona jest piękna z góry i bardzo klimatyczna, gdy się zagłębić w jej wąskie uliczki, zaułki, dziedzińce i podsienia. Zdecydowanie warto ją odwiedzić.

Trzeciego dnia przyszedł czas na Norymbergę: być tak blisko i pominąć nie dało się! W Norymberdze odwiedziliśmy zamek remontowany i piękny z zewnątrz, interesujący w środku (znów za mało angielskiego) i z niezłą kolekcją broni (widziałam rzeczy, których
Ciuchcia od środka
jeszcze nie zdarzyło mi się oglądać na żywo) i DB Museum, czyli muzeum kolei i komunikacji (PRAWIE WCALE ANGIELSKIEGO!, ja się zacznę uczyć niemieckiego, albo coś, bo oni mają rozciętą na pół lokomotywę parową i można naciskać podpisane (PO NIEMIECKU) guziki i wtedy dzieją się rzeczy, a ja nie wiedziałam do końca co i zamiast dowiedzieć się nowych rzeczy, frustrowałam się!). A na drugim piętrze z kolei jest piękna interaktywna wystawa dotycząca komunikacji, gdzie można się pobawić telefonami, rurami komunikacyjnymi, pocztą pneumatyczną (!), napisać swoje imię hieroglifami, albo drewnianym piórem i atramentem i układać klocki na ekranie, którego się nie widzi, pod dyktando Monsza i za pomocą joysticka. Pan z obsługi wystawy bardzo mi kibicował!


Odwiedziliśmy także moją przyjaciółkę z okresu wczesnej podstawówki, na zupełnym spontanie i znienacka, gdy nas zaprosiła po tym, jak zobaczyła w Internetach moje dumne zdjęcie na tle Niezatapialnej i Ratyzbony. Świat jest mały i pełen niespodzianek ;) Dziękujemy bardzo oboje z Monszem za to wspaniałe spotkanie.

Niezależnie od drobnych niedogodności Norymberga bardzo na plus (na przykład takie parkingi w centrum – dobrze oznakowane i nieprzesadnie zapchane, przynajmniej w dniu roboczym) i to też jak zwykle ledwie liźnięte miasto. Zdecydowanie była za bardzo przy okazji i zdecydowanie wiele jeszcze jest w niej do zobaczenia. Chętnie wrócimy.

Od powrotu minęły blisko 3 tygodnie, a ja nadal czuję w sobie tamtą radość odkrywania. Mam też oczywiście wiele, wiele zdjęć. Nie każde podpisywałam, ale starałam się, żeby było wiadomo na co się patrzy. Nie wahajcie się komentować :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz