Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

sobota, 7 października 2017

C. J. Cherryh – "Spadkobierca"

Autor: C. J. Cherryh
Tytuł oryginału: Inheritor
Rok pierwszego wydania: 1996
Wydawnictwo: MAG, Warszawa 1999
Liczba stron: 440
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz

Przeczytane: 23 sierpnia 2017
Ocena: bardzo się nudziłam, nie zgrywamy się z głową Brena

"– Żagle-kwiaty wylądowały na Mospheirze – przypomniała wszystkim. – Wędrujące maszyny rozdarły ziemię oraz kamienie Ganów i przez pewien czas było dla Barijda-aijego wygodne, że ostatnia warownia Ganów uległa tak nie przewidzianemu zagrożeniu. Kamienie babek zostały powalone nie rękami z ciała i kości, lecz przez te dymiące maszyny. Maszyny obaliły herezję. 
– Tak – powiedział chłopiec. A wszyscy atevi wyjechali z Mospheiry i osiedlili się na tym wybrzeżu.
– Głupia polityka – orzekła Ilsidi."

Moja przygoda z cyklem "Przybysz" zaczęła się dawno temu. Będzie ze cztery lata. Namówiona przez fankę Brena pochłonęłam ekspresowo pierwszy tom. Nie ogarniałam polityki, ale ogarniałam człowieka. Bardzo mi się podobał Bren – urzędnik, tłumacz, łącznik między dwoma ogromnie różniącymi się rasami, ktoś od czyjego wyczucia i umiejętności zależą losy cywilizacji. I jednocześnie ktoś, kto nigdy nie był szkolony do walki. Kto nie powinien być stawiany w sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych dla jego życia. Kto przy silniejszych, większych atevich nie miał zwyczajnie szans. Zwykły człowiek. Pełen strachu, ale i odwagi, który w ekstremalnej sytuacji potrafi znaleźć w sobie pierwiastek bohaterstwa. Zaimponował mi. 

Po drugi tom, "Najeźdźca" sięgnęłam dość szybko i jeszcze szybciej się zablokowałam. Nudziłam się. Nie rozumiałam trzech czwartych tekstu. Gubiłam się w rozmowach Brena z atevimi i to zarówno, kiedy trwały, jak i potem, gdy on je tłumaczył teoretycznie na ludzki. Nie czułam, żeby cokolwiek się działo. Przerywałam i wracałam ponownie, bo jestem uparta. Może powinnam była po prostu czytać po przekątnej, skupić się na elementach przygody. Może, ale nie potrafiłam się ich doczekać. A o tym, jak wiele się działo i jak bardzo ja potrafiłam się skupić na tekście, niech powie fakt, że w tomie, który czytałam, brakowało kilkunastu kartek. Nie zauważyłam braku. Zorientowałam się dlatego, że wydawało mi się, że podejrzanie dużo przeczytałam i zaczęłam kartkować wstecz.

Tom trzeci, "Spadkobierca" stał na półce pomiędzy pożyczonymi książkami długo. Gdyby nie wyzwanie i jakiś ośli upór z mojej strony, pewnie bym po niego nie sięgnęła. Ale pożyczyłam go z rozpędu razem z drugim, a jak oddać komuś nieprzeczytaną książkę? Nie umiem i czasem przez to cierpię, ale jeśli się weźmie pod uwagę ile razy dzięki tej niepisanej zasadzie wygrałam, to cieszę się, że jej przestrzegam.

Do "Spadkobiercy" podchodziłam nieufnie. Znów było dużo gadania, dużo rozciągniętych i mało interesujących wejść w głowę Brena, który rozkłada każdy grymas na czynniki pierwsze. Taka jego praca, a wie już, że od niego zależy mnóstwo, wie, po której stronie się opowiada. Minęło półtora miesiąca, odkąd przeczytałam książkę i z tej perspektywy umiem na przykład docenić przemiany i podziały wśród ludzkich gości planety atevich. Umiem docenić to, jak autorka wzięła pod uwagę różnicę między ludźmi od pokoleń żyjących na planecie, a tymi, którzy przylecieli na statku. Cieszy mnie, iż Jase, w którego poziom łajzowatości nie byłam w stanie uwierzyć, faktycznie nie był łajzą, a konsekwentnie realizował plan. Podoba mi się zakończenie. Ale kiedy skończyłam czytać, czułam tylko ulgę, że doczołgałam się do końca i żal, że już w trzecim tomie, atevi tracą swoje atevskie cechy na rzecz dość ludzkich żartów na przykład. Mam wrażenie, że pewne rzeczy pojawiły się niepotrzebnie i uczłowieczyły do tej pory naprawdę dopracowaną pod względem obcości rasę obcych właśnie. To zwyczajnie z mojego punktu widzenia zepsuło wrażenie, które autorka wypracowała wcześniej.

Czy będę czytać dalej? Nie wydaje mi się. Mam poczucie, że "Przybysz" to ważna seria, ważny punkt na mapie powieści S-F, pod tym względem cieszę się, że miałam z nią kontakt. Nie czuję jednak ekscytacji na myśl o poznawaniu dalszych losów Brena. Niech zostanie dla mnie tu, gdzie dotarł wraz z zakończeniem "Spadkobiercy".


PS. Następna książka wylosowana ze słoika to "Wampiraci". Mam złe przeczucia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz