Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 5 grudnia 2018

Czy pacjent żyje?

Domowa hierarchia - bez zmian.

Dzień dobry!

Mój blogas niemalże niepostrzeżenie stał się kwartalnikiem. Winna temu jest upierdliwa właściwość czasu, który wciąż pozostaje nierozciągliwy, przynajmniej w mojej ziemskiej rzeczywistości.

W ciągu tych trzech miesięcy robiłam mnóstwo rzeczy. Aklimatyzowałam się w Przedszkolu. Właściwie to nadal się aklimatyzuję, bo aktualnie jestem na trzecim zwolnieniu lekarskim od początku roku szkolnego. Moje nowe koleżanki mówią, że to normalne i w końcu mi przejdzie. Bardzo tego pragnę, bo omijają mnie fajne rzeczy. No i ja zwyczajnie lubię moją pracę. A siedzenie w domu, z bólem głowy, chustką przy nosie i rwącymi stawami absolutnie nie należy do przyjemności. Szukam głębiej, czy to faktycznie tylko przedszkolne choróbska, czy jednak coś więcej. Aklimatyzowanie nie polega jedynie na chorowaniu. Zderzyłam się z zapomnianymi już stosami dokumentacji wszelakiej, spędziłam sporo czasu, układając plan pracy z moimi podopiecznymi na pierwszy semestr, a w tej chwili mi go życie weryfikuje i jestem przekonana, że plan na semestr drugi stworzę znacznie realniejszy. Przy okazji dokumentacji zarwałam kilka nocy i ogólnie nowy poziom stresu. Ale nie narzekam, to są rzeczy, które mogą na pewnym poziomie irytować, ale które mają sens.

Kolejną zajmującą mi czas rzeczą są zabawki. Zabawki, które sobie robię do pracy - pomoce dydaktyczne i do stymulacji widzenia. Lubię to. Taka forma twórczości manualnej, w której się odnajduję. Znów zaczęło się zbieractwo buteleczek, pudełeczek i szpulek po cynie. Bo mnóstwo rzeczy za pomocą folii samoprzylepnych i odblaskowych można zamienić w coś interesującego. Wrzucam czasem swoje pomysły na instagrama (@siemomysla) z haszem #tyflopedagogika i #nauczycielkaprzedszkola. 

Tak upłynął wrzesień i pół października. Potem zaczęło się przygotowanie do NaNoWriMo, którego
Fajnie jest mieć kredki
w końcu nie napisałam. Gdzieś w połowie listopada poczyniłam odkrycie, że nie napisałam żadnego tekstu w tym roku. Owszem, kończyłam pierwsze opowiadanie Fiksowe i zaczęłam pisać kolejne, ale nie skończyłam żadnego, nawet miniaturowego tekstu. Wszystko, co w tym roku ukazało się pod moim nazwiskiem to twory z lat ubiegłych. I wiem, że jeszcze nie koniec roku, ale jakoś mnie to przygnębiło. Wiem też, że bywają różne fazy w pisarskim życiu, a patrząc wstecz na cały rok i to, z czym się mierzyłam, rozumiem, że naprawdę trudno byłoby oczekiwać po sobie jeszcze wysiłku twórczego, większego niż przyklejanie na przemian pasków czarnych i białych. Ale i tak mierzę się z poczuciem winy. Bo jak to tak? A jeśli już nigdy niczego nie napiszę? Ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić Siem bez pisania, postanowiłam podejść do tego planowo. Oto zatrudniam sama siebie w wymiarze 1/4 etatu na stanowisku pisarka. 1/4 etatu to 10 godzin tygodniowo. Nie ustaliłam jeszcze wynagrodzenia, ale to kwestia drugorzędna. Wzięłam w poniedziałek stary zeszyt z NaNoPakietu i zrobiłam sobie z niego śliczny planner. Bo po co czekać do nowego roku, skoro można od razu się nie stosować? Mam świeżutki pomysł. Na niedługie opowiadanie, w sam raz pod temat przyszłorocznego zbiorku Logrusowego. Wydaje mi się, że dobrym pomysłem na rozruch, będzie napisanie czegoś krótkiego, od zera i nie powiązanego z żadnym z moich dotychczasowych projektów. Potrzebuję zdjąć z siebie presję, jaką tworzy dla mnie istnienie czytelników. Kocham moich czytelników. Bez czytelników pisanie nie ma sensu. Ale myślenie o nich w trakcie pisania to dla mnie murowany sposób na blokadę. Zajmuję się zatem obecnie stawianiem mentalnego płotu.

Różowy słoń z niebiesko-zielonym tyłem
W ramach odstresowania wpadłam w te cholerne kolorowanki. Nie wiem, jak to ma odstresowywać, zwłaszcza jak nie da się naostrzyć do czubka, bo się duszka łamie. Ale zajmuje myśli - to fakt bezsprzeczny. A także próbuje mnie zbankrutować, bo chcę więcej kolorów! Więcej! Więcej! I aktualnie czekam na jakieś niespodziewane pieniądze, żeby sobie kupić Polycolory Koh-i-noora. Siedemdziesiąt dwa kolory! I może będą się lepiej ostrzyć niż zwykłe szkolne, bo rozpacz bierze. Ale i satysfakcja, jak wzór wyjdzie, nigdzie nie pomylę i nie powyjeżdżam za bardzo... Przy okazji przekonałam się, że to prawda, czego mnie uczyli w szkole. Czterdziestka na karku, pora myśleć o okularach do czytania. Przy czytaniu jeszcze spoko, ale przy tych malutkich szczegółach do kolorowania - klęska.

Hordowy zestaw na początek grudnia
Co jeszcze? Nadrabiam czytelniczo ten okres, kiedy weszłam w separację z fantastyką. Okazało się, że wiele straciłam, a uratowało mnie wstąpienie do Klubu i zaproszenie do Hardej Hordy. Przynajmniej ze wznowieniami powieści dziewczyn jestem niemal na bieżąco. Polubiłam się już bardzo z Brune Agnieszki Hałas i pokochałam miłością silną Saliankę Mileny Wójtowicz. Teraz pora na Martynę Raduchowską. Tylko chyba na drodze losowania wybiorę - Maya czy Ida? A może jakieś podpowiedzi? Wyzwania książkowe, które mieliście okazję tu obserwować, wciąż się nie zakończyły. Książek pożyczonych przybywa, a ja się nie wyrabiam i jeszcze Michał Cholewa wydał kolejną część Algorytmu Wojny i ręce opadają z nimi wszystkimi. Drugie wyzwanie zmarło w chwili, gdy wyciągnęłam ze słoika podrzutków Koran. Być może już zresztą wspominałam o tym sabotażu. Pocieszające jest to, że z całą pewnością mam materiał na reaktywację blogasa. Niezależnie od martwych wyzwań, czytam i czytam, i chętnie się tym czytaniem podzielę. W plannerku zarezerwowałam dla bloga środy - co dwa tygodnie. Metoda dwutygodniowa bardzo nam się sprawdziła - mnie i Frzee - przy działaniach na Trekkies' Log, które zresztą od listopada eskalowały! Dotarłyśmy do The Next Generation i postanowiłyśmy wrzucać notki co tydzień, żeby nie pisać o Picardzie do emerytury. Na razie się udaje. Być może dlatego, że przed NaNo przygotowałyśmy sobie zapas. Nie wiem, jak to wyjdzie w przyszłości, bo zwykle się nie wie, ale jestem gotowa na zmiany życiowe w kierunku - planowanie i porządek, bo chaos i działania na ostatnią chwilę przestały się sprawdzać. I to ma szansę. Podobnie jak zmiana nawyków żywieniowych, ku której pcha mnie delikatnie Aga z Obrazko&Terapii. Na początek rezygnuję z mleka, które mnie truje, jako ssaka innego gatunku niż krowa. Trochę smuteczek, bo kij z mlekiem, ale twarożkami i jogurtami żywię się odkąd zaczęłam o tym decydować sama. To będzie wyzwanie. Ale jeśli mam się czuć lepiej i nie chorować na jakieś podłe, przewlekłe infekcje, to warto. Oczywiście razem z mlekiem lecą słodkości. W sensie cukier wypada. Z tej okazji w poniedziałek pożarłam 20 dag moich ukochanych pączuszków serowych ze sklepiku pod blokiem. Na pożegnanie rzecz jasna.

Kącik tulaśno-motywacyjny
Mam też zamiar podjąć się regularnego oszczędzania! No. Może nie do końca regularnego. Ale oszczędzania! Monsz twierdzi, że nie ma mocnych - w ostatnim tygodniu miesiąca będę wydłubywać drobniaki ze skarbonki, ale postanawiam się nie poddawać jego defetyzmowi. Chcę nowego pióra, żeby móc kupić brązowy atrament. Bo jak się ma pióro z brązowym atramentem to ho ho! Przy okazji uwaga z innej beczki - nie wiem, jak to działa, ale piórem piszę wyraźniej. To mogłoby być dobre dla wypełnianych przeze mnie rubryczek w dzienniku przedszkolnym. Tyle że na razie mam atrament w kolorze pięknej zieleni i w kolorze gumijagody. Żaden nie wydaje mi się dość odpowiedni do wypełniania dziennika... Ale za to do notowania sukcesów w kalendarzyku pisarskim 2019 (na zdjęciu wspiera się na kucykach) obydwa są idealne. I tym optymistycznym, kończę rytuał ożywiania. Pilnujcie mnie 19 grudnia!






niedziela, 2 września 2018

Zmiany, zmiany!

Kompozycja z kotkiem
Dziś wpis intymny na okoliczność zmiany pracy. Po czterech i pół roku w biurze wróciłam do dzieci na pełen etat. Śladowe ilości pracy w zawodzie wyuczonym nie wystarczyły, a kiedy jakiś czas temu drastycznie zminimalizowałam ilość zajęć dodatkowych w postaci pracy w szkole, popadłam w marazm duchowy. Tak to w tej chwili postrzegam. Efekty? Najpierw praca w gliwickim ośrodku dla dzieci niepełnosprawnych w wymiarze dnia, a od 3 września etat na stanowisku nauczyciel wychowawca łamane przez pedagog specjalny-tyflopedagog. Innymi słowy - będę pracować zarówno z grupą dzieci, jak i prowadzić zajęcia indywidualne z terapii widzenia. Zdjęcie przedstawia (oprócz Pinty oczywiście) domowej roboty ekran do puszczania obrazu z projektora oraz innych zabaw światłem. Przez kilka ostatnich dni zdążyłam zrobić klocki dotykowe, plansze z kontrastowymi wzorami do pobudzania pracy siatkówki i filtry barwne na latarkę. Oprócz tego zdążyłam się wystraszyć swojej decyzji i zapisać na studia podyplomowe. Planuję nieco zwolnić w tym roku szkolnym z wyjazdami, więc plany na weekendy mam tylko do połowy października...

Od 7 do 9 września będę na Twierdzy w Giżycku razem z Anią Kańtoch i (uwaga!) Monszem.

W piątek o 16:00 będę mówić na mój ulubiony temat: Czy pisania można się nauczyć? Z kolei o 20:00 poekscytuję się publicznie moją ulubioną pisarką fantastyczną - Lois McMaster Bujold. W sobotę o 11:00 zrobię przegląd literatury steampunkowej, a o 13:00 będę wspierała Anię Kańtoch w opowieści o tym jak bardzo harda jest Harda Horda.

15 września spotkać mnie będzie można w Kąciku literackim pod parą na terenie Parku Tradycji w Siemianowicach Śląskich, bo tam właśnie będzie się odbywał Silesia Steampunk Piknik 2. Każdemu chętnemu znajdę coś ciekawego do czytania, a przynajmniej się postaram. Chętnie też posłucham o nieznanych mi pozycjach książkowych spod steampunkowego szyldu.

22 września wybieram się do Starego Browaru w Katowicach Szopienicach na spotkanie Blog Book Meeting, a to dlatego, że zaproszono na niego Krysię Chodorowską - Logrusową autorkę, której pisanie bardzo lubię, a debiut powieściowy pt.: Triskel: Gwardia polecam z całego serca.

Kolejny weekend planowałam spędzić w domu... Ale okoliczności się zmieniają z chwili na chwilę i nie mam pojęcia, co wyjdzie z tego ambitnego planu.

6 i 7 października to Warszawskie Targi Fantastyki. Spotkacie mnie na stoisku Śląskiego Klubu Fantastyki, gdzie będę żywo zachęcać do nabycia papierowej wersji Logrusowej antologii, a także do wzięcia udziału w akcji pisania na żywo.

Zaś w dniach 12-14 października odbywają się Śląskie Targi Książki. Klubowego stoiska nie może na nich zabraknąć.

Potem już pasuję. Naprawdę. Zajmę się dokształcaniem i PISANIEM. Mam dwie koncepcje na listopad. Wiecie, na to NaNo, którego nie piszę.

A jeśli o pisaniu - premiera antologii wydawnictwa Genius Creations Ten pierwszy raz będzie miała miejsce 14 września. Zaś drugiego tomu Fantazmatów na przełomie października i listopada. W obydwu znajdą się moje opowiadania, które ekstremalnie różnią się długością, nieco mnie konwencją, a obydwa dzieją się w kosmosach. Jak już wyjdą, bardzo bym chciała usłyszeć Wasze opinie.

Do następnego!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Siem sprawozdawczo: groch z kapustą 2018


Działo się – dzieje!
Po lewej ilustracja autorstwa Alicji Tempłowicz do mojej ostatniej dumy największej: opowiadania, czy raczej mikropowieści „Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra”. Zawsze mnie korciło napisanie czegoś w hołdzie dla Conan-Doyle’a a zeszłoroczny temat konkursu sekcji literackiej ŚKF wprost prosił, by poddać się temu korceniu. Tak narodzili się Jaśmina Gorol i detektyw Anton Fiks. Bohaterowie, których lubię ja i którzy – precz ze skromnością! – zrobili pozytywne wrażenie na czytelnikach. Na tyle pozytywne, że wciąż padają pytania czy będzie o nich więcej.
Oficjalnie odpowiadam: tak, będzie o nich więcej. Nie zamierzam z nimi zrywać znajomości. Zbyt fajni są.
Ogólnie odbiór „Skafandra i melonika”, w którym oprócz Fiksa znajduje się jeszcze osiem świetnych opowiadań, jest bardzo dobry. Z mojego punktu widzenia to zbiór lepszy od „Zabawy w Boga” i oby nam ten wznoszący trend został.
Gdyby ktoś poczuł się zachęcony moją skromną zachętą może pobrać swój egzemplarz elektroniczny stąd. W tym samym miejscu dowie się, jak zdobyć egzemplarz papierowy. Jeśli zaś ktoś potrzebuje wiedzieć więcej, nim się zdecyduje na absolutnie bezpłatny e-book, polecam pod tym samym linkiem przejrzeć fragmenty recenzji tudzież tekstów.
Poza wydaniem antologii sekcyjnej dzieją się też inne rzeczy.
Na przykład projekt „Barbara Mróz bez meldunku”, zwany przez sekcję Projektem Tarnogórskim. Koordynowałam go od strony sekcji i sama napisałam miniaturkę dopełniającą obraz przedstawiający zalew Chechło.
Niestety nie mogę być obecna na wernisażu wystawy, bo weekend 7-9 września spędzam w Giżycku, jako gość festiwalu Twierdza, z czego ogromnie się cieszę, zwłaszcza, że udało mi się namówić Monsza, by ze mną pojechał. Będę miała kilka prelekcji, a gdy tylko pojawi się szczegółowy program natychmiast zamelduję.
Wracając do spraw ściśle literackich: jesienią ukaże się drugi tom antologii Fantazmaty, pod redakcją Dawida Wiktorskiego, a w nim moje opowiadanie „Dom”. Tym razem coś krótkiego i w kosmosach. Wersja elektroniczna znów za darmo. Przy okazji – tu można pobrać tom pierwszy. Polecam z serca.
Wcześniej niż Fantazmaty II pojawi się pokonkursowa antologia wydawnictwa Genius Creations „Ten pierwszy raz” i opowiadanie mego autorstwa „Wow!”. Znów kosmosy, ale tekst znacznie dłuższy. W sumie w zbiorze znajduje się pięć opowiadań, w tym opowiadanie Anny Wołosiak-Tomaszewskiej, znanej jako Fraa: „Gwiazdy gasną nad MOA192D”. Polecam! Pozostałych nie czytałam i czekam z niecierpliwością, by się zapoznać z całością.
Najbliższe plany pisarskie obejmują przede wszystkim opowiadanie do pewnej antologii, o której jeszcze nie puszczam pary z ust. Jest deadline, jest pomysł, są pierwsze strony. Jest wreszcie trochę luzu w głowie i wiele wskazuje na to, że wracam do siebie.
Ze spraw innych – moja mama mieszka już w Domu Pomocy Społecznej. Jest bezpieczna, jest zadbana i oczywiście smutna. Ale my jesteśmy o nią spokojni, a ja przestałam odczuwać lęk na myśl o wizycie w rodzinnym mieście. To naprawdę ulga: móc ją po prostu odwiedzać, spędzać z nią czas, oglądać zdjęcia… Nie sprzątać potajemnie jej pokoju, nie szukać zagubionych rzeczy, nie zmuszać jej do kąpieli.
Mam nadzieję, że przyjdzie dzień, kiedy się w pełni zaaklimatyzuje i pogodzi z obecną sytuacją.
Wracając do mnie – mam teraz ogromną potrzebę wchłaniania. Czytam intensywnie, wybrałam kilka filmów z inicjatywy gliwickiego kina Amok „Różne klimaty kina”, które chcę zobaczyć, mam bilet na piątkowe przedstawienie „Skłodowska – Radium Girl” teatru PAPAHEMA z Białegostoku, które odbędzie się w Chorzowie pod szyldem „Chorzowskiego Teatru Ogrodowego”. Trochę jakbym znalazła nowe przestrzenie w głowie do zapełnienia. Lubię to uczucie. I oczywiście przychodzi mi do głowy składanie obietnic o regularności wpisów blogowych. Że będę brała przykład z Agnieszki Żak i raportowała o wszystkim, co dotyczy pisania, lektur, wyjazdów. Ale nie: niczego nie obiecuję, bo jeszcze trochę się boję, że wyjdzie jak zwykle.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Dawno mnie nie było

Market w pobliżu średniej wielkości osiedla. Do kobiety przeglądającej półki z nabiałem podchodzi staruszka. Szczupła, wręcz wychudzona, z podkrążonymi oczami, włosami w nieładzie, w za dużych spodniach związanych gumką. Prosi o kupienie jej czegoś do jedzenia. Mówi, że jest głodna, że dzieci, z którymi mieszka dają jej do jedzenia resztki. Skórki chleba, nic więcej. Kobieta kupuje dodatkowo parę plasterków sera, pętko kiełbasy. Współczuje staruszce. Może myśli o tym, że takie dzieci to przekleństwo. Może jest jej trudno uwierzyć, że tak może być, ale przecież ma przed sobą żywy dowód. Staruszka zalewa się łzami. Dziękuje wylewnie. Potem wraca do swojego domu. Nie wypakowuje z kieszeni sera ani kiełbasy. Tak naprawdę zapomina o nich, gdy tylko wyjdzie z marketu.

Ta staruszka to moja mama.
Mama jest chora. Depresja, otępienie, diagnoza mówiąca o chorobie Alzheimera. Powinna mieć stałą opiekę, ale wciąż nad tym pracujemy, bo żadne z nas nie jest w stanie zrezygnować z pracy  – to po pierwsze. Po drugie, jakkolwiek to zabrzmi, szczerze uważam, że żadne z nas nie powinno rezygnować ze swojego życia, by poświęcić je jedynie na opiekę nad mamą. Robimy tyle, ile jesteśmy w stanie. Jesteśmy w stałym kontakcie z MOPS, szykujemy się na objęcie mamy opieką DPS, regularnie odwiedzamy neurologa i psychiatrę. Na razie mama mieszka z moim bratem. Ja pilnuję wizyt lekarskich, dostępności leków, jestem pierwszym pogotowiem, gdy dzieje się coś nietypowego. Na przykład wtedy, gdy mama dostaje ataku szału na ulicy, rzuca się na ziemię, krzyczy i uderza pięściami. Albo wtedy, gdy coś w maminym pokoju zaczyna znienacka niepokojąco pachnieć i pośród wszystkich nagromadzonych przez mamę rzeczy brat nie jest w stanie samodzielnie namierzyć miejsca, w którym mama ukryła wazonik z odchodami. Albo, kiedy mama wyjdzie z domu i niepokojąco długo nie wraca. Nigdy nie wiem, kiedy spadnie na mnie kolejna bomba.

Ten wpis to taki jakby coming out. Trochę też próba wyjaśnienia coraz dłuższych przestojów na blogu. Staram się nie rezygnować z siebie, z działań, które nadają mojemu życiu sens, ale priorytety układają się czasem poza mną. I są niepodważalne, jak to priorytety.

Przede wszystkim jednak zdecydowałam się na takie intymne wynurzenia, bo mam wrażenie, że może komuś tym pomogę.

Może komuś, kto ma taki problem z własną mamą/tatą/babcią – poczuje, że nie jest sam, że gdzieś jest ktoś, kto rozumie, bo też przeżywa taką sytuację. Bo to nie jest łatwe do ogarnięcia dla osób, które podobnych doświadczeń nie mają. Dla mnie najgorsza jest nienaturalność sytuacji, w której stałam się matką własnej mamy. Bo tak – to ja ją regularnie kąpię, tulę, jak małe dziecko, szukające pocieszenia, oglądam z nią filmy dla dzieci, bo te jest w stanie zrozumieć. To nie tak, że nie ma w tym pozytywnych emocji. Ale wszystko stoi na głowie. Jest też aspekt maminych opowieści. Mama mówi o nas źle na zewnątrz. O nas dzieciach. Jesteśmy wyrodni. Traktujemy ją jak śmiecia. Okradamy. Głodzimy. W takie opowieści odruchowo się wierzy. Mało to się słyszy o takich przypadkach? O żerowaniu na emeryturze niepotrafiącej się bronić starszej osoby? Tak, pilnujemy konta mamy. Nie pozwalamy jej na samodzielne decydowanie o jej pieniądzach. Nie jest w stanie gospodarować, nie jest w stanie płacić rachunków, ostatnie buty jakie sama sobie kupiła były na nią o 4 numery za duże. My wiemy, że nie robimy niczego złego. Otoczenie traktuje nas różnie i niewiele możemy na to poradzić. Może więc ktoś, kto ma podobną sytuację jak my, przeczyta to i choć przez chwilę poczuje coś jak wsparcie z mojej strony – wsparcie kogoś, kto po prostu ma tak samo. A jeśli chciałby pogadać: siemomysla(at)gmail.com.

A może pomogę komuś, kto czuje się niepewnie „atakowany” przez starszą osobę prośbami i zbytnią wylewnością. Mama często przekracza granice – dotyka obcych, przytula, opowiada o sprawach, których nie wyznaje się przypadkowo napotkanym ludziom. Jeśli coś takiego Was spotyka/spotkało – warto pomyśleć, że to choroba, że to nie jest zależne od tej osoby, że nie chciała Wam ubliżyć, ona nawet nie wie, że jej zachowanie może wzbudzać zażenowanie, wywoływać odruch obronny.
Mówi się o tym, że choroba Alzheimera to choroba całej rodziny. Tak jest. Unikam moich ciotek, bo w pewnym momencie rozmowy o mamie zaczęły się kończyć awanturami. Wszelkie plany moje i brata, a więc i naszych rodzin są uzależnione od mamy. Ktoś musi być na miejscu. Psychiczne obciążenie, presja otoczenia i początkowy totalny brak zrozumienia naszej sytuacji (czy uwierzycie, że obce osoby, uważające się za przyjaciółki mojej mamy, uważały, że mają prawo żądać ode mnie dokumentów medycznych i tłumaczenia się z decyzji, jakie podejmuję w sprawach mamy?) zaowocował tym, że i ja zaczęłam leczyć depresję. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że dzięki chorobie mamy częściej widuję brata i jego rodzinę. Taki promyk słońca w tym dość burzowym świecie.

Mam wrażenie, że wciąż i wciąż za mało się mówi o problemach osób starszych i o tym, że nie dotyczą one tylko tej jednej konkretnej starszej osoby. Szukałam jakiegoś wsparcia. Grupy spotykają się w godzinach przedpołudniowych. To chyba jakiś żart. Pracuję od 6:30 do 14:30. Czy naprawdę założenie jest takie, że w rodzinie z Alzheimerem ktoś powinien oddać swoje życie za życie chorego? I że tylko jemu należy się wsparcie? Swoją drogą, co zrobić z osobą chorą, jak się jedzie na grupę wsparcia?

Dobrze. Skończę zanim się rozżalę, bo nie o to mi chodziło. 

Będę działać dalej, bloga ani nie zamykam, ani nie zawieszam. Wciąż planuję wyjazdy na konwenty i staram się pisać, choć to ostatnie jest bardzo trudne – wymaga skupienia; koncentracji myślowej i uczuciowej na historii, którą chcę przekazać, a teraz moją głowę zaprząta jednak głównie mama. Całkiem niedawno zaliczyłam poważny sukces – koordynowałam program Śląskich Dni Fantastyki i uważam, że wyszło mi to bardzo dobrze, a następnym razem bogatsza o doświadczenie zrobię to lepiej. Jeśli oczywiście Klub mnie powoła ;)

Nie wiem, kiedy znów napiszę. Ale a nuż wcale niedługo ;)

Do przeczytania!

wtorek, 9 stycznia 2018

Harry Harrison – "Stalowy Szczur"

Autor: Harry Harrison
Tytuł oryginału: The Stainless Steel Rat
Rok pierwszego wydania: 1961
Wydawnictwo: Amber, Warszawa 1994
Liczba stron: 170
Tłumaczenie: Jarosław Kotarski

Przeczytane: 25 listopada 2017
Ocena: to musiała być fajna przygodówka dawno dawno temu... 

"Gdy drzwi do biura otworzyły się gwałtownie, zrozumiałem nagle, że skończyły się dobre czasy. Pomysł był niezły, a dochody piękne, lecz należało zaliczyć to do wspomnień. Do środka wszedł gliniarz, a ja, wsparty wygodnie w fotelu, posłałem mu na powitanie promienny uśmiech. Gość był taki sam jak wszyscy gliniarze – ciężki chód, równie ciężki pomyślunek i ten wyraz twarzy, jakiego nie powstydziłby się kuchenny piec, i jeszcze całkowity brak poczucia humoru. Nim zdążył się odezwać, prawie wiedziałem, co powie."

Są takie książki, które należy czytać w odpowiednim czasie albo wcale. Dla mnie taką właśnie pozycją zdecydowanie jest Stalowy Szczur. Napisany w 1961 roku, w Polsce po raz pierwszy wydany w 1990, kiedy ja miałam lat dwanaście i z całą pewnością czytałabym tę książkę w zupełnie inny sposób jak teraz. Jest spora szansa, że bym ją zapamiętała, jako fajną przygodówkę w kosmosach, acz nie wątpię, że gdybym zaczęła ją czytać po raz wtóry w starszym wieku, czar Stalowego Szczura by prysł. 

"Pozbyłem się kapiącym przepychem rzeczy i widziałem czarny galowy uniform admirała Floty Kosmicznej Lig. Był kompletny, licząc w to złoty sznur, akselbanty, odznaczenia i wszystkie niezbędne papiery."

Pierwszy problem miałam z bohaterem, który zwyczajnie niczym mnie nie kupił, a sposób w jaki opowiadał swoją historię mnie drażnił. Merysój. Tyle zasadniczo mam do powiedzenia. I wydaje mi się, że merysój w stanie czystym, co tak naprawdę w mojej opinii rzadko się zdarza. Zwykle tak naprawdę bohaterowie mają w sobie coś jeszcze, coś, czym jakby odkupują się w moich oczach. Coś za co ich lubię. A Jima diGriza nie polubiłam kompletnie za nic. Z drugiej strony – to taki typ bohatera. Kosmiczny rewolwerowiec/kowboj spod ciemnej gwiazdy. Przecież całkiem sporo z bohaterów westernów lat sześćdziesiątych mniej więcej tak jak on się zachowywała. Tylko, że być może akurat w tym przypadku fajniej się patrzy niż czyta.

Drugi problem miałam z bohaterką. Ta książka ma już prawie sześćdziesiąt lat, więc dość bezczelnie pozwolę sobie na spoiler. Biedna Angelina została groźnym przestępcą, bo była brzydka. To ją tłumaczyło. Bo właściwie, co innego miała do roboty, jak ukraść kasę na operację plastyczną. Ba. W głębi serca wciąż była tamtą dziewczyną, która chciała prawdziwego uczucia, a nie oferowanego jej przez rozlicznych mężczyzn pożądania dla sztucznie poprawionego ciała. 

"Angelina, mój kochany kowboj, jeżeli w ogóle jeszcze o mnie myślała, to jedynie jako o obłoku szarego dymu ulatującego z lokalnego krematorium."

Trzeci problem miałam z narracją. Ten typ pierwszoosobówki, który od trzecioosobówki spersonalizowanej różni się jedynie końcówkami. Nie lubię po prostu.

Natomiast nie ukrywam, że rywalizacja Szczura z Angeliną, ich przyciąganie i odpychanie, udowadnianie sobie, kto lepszy, a także motyw niestałości Szczura w kwestii współpracy z Agencją do zwalczania resztek przestępczości w niemal idealnym świecie są przyjemną przygodową bazą i rozumiem, dlaczego ta książka mogła się podobać. Dla mnie po prostu było już na nią za późno. Co nie zmienia faktu, że pragnę pięknie podziękować temu, kto mi ją wrzucił do słoika podrzutków (APELUJĘ O UJAWNIENIE SIĘ!). To jakby nie było jeden z klasyków powieści fantastycznych i cieszę się, że już wiem, co to takiego.
 
 
PS. Jako kolejną pozycję ze Słoika Podrzutków wylosowałam Koran. Przyznaję się od razu – zostawiam go sobie na koniec. Dokonałam drugiego losowania i wreszcie przeczytam "Jonathana Strange'a i pana Norrela" :)