Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

czwartek, 31 stycznia 2019

Pisze Siem: Harda Horda by SQN

Notka o jeden dzień spóźniona, ale musiałam czekać ;)

Dziś Wydawnictwo SQN ogłosiło premierę antologii, nad którą my (czyli Harda Horda) wraz z nimi (czyli zwarta ekipa wydawnictwa) pracujemy już od zeszłego roku.

Najpierw było sobie dwanaście hardych babek, które łączy pisanie (no, najpierw było ich dziesięć, ale na szczęście uznały, że dwanaście to lepsza liczba i stąd obecność mojego nazwiska na tej pięknej okładce, którą dziś z dumą prezentuję) a także wspólny fanpejdż (bo nie od dziś wiadomo, że w kupie raźniej). Potem padło hasło "zróbmy sobie antologię". Wśród potu, euforii i łez, dźgane, podtrzymywane, zachęcane przez siebie nawzajem zgromadziłyśmy pomysły i teksty. I te teksty w ślicznej oprawie już ósmego marca będzie można wziąć do rąk i czytać!





środa, 16 stycznia 2019

Ogląda Siem: Scooby Doo i Brygada Detektywów

Źródło
Kreskówki zwykle trafiają na mój ekran dzięki rekomendacjom krewnych i znajomych królika. Równie często Monsz zaczyna coś oglądać, a ja popatruję ukradkiem niby to robiąc coś innego, aż się okazuje, że jestem wciągnięta na amen. Prawie tak było z serialem Scooby Doo i Brygada Detektywów, produkcją składającą się z 52 odcinków podzieloną na dwie serie, a emitowaną w latach 2010-2013.

Prawie, bo tym razem Monsz skakał sobie po prostu po odcinkach różnych serii Scooby'ego, a ja przy stole obok intensywnie marnowałam czas, kolorując. Raz i drugi podniosłam wzrok, bo to, co słyszałam kątem ucha było całkiem zabawne. W końcu spytałam, co widzę. Okazało się, że to seria z 2015, Wyluzuj, Scooby Doo!, i bohaterowie w przeciwieństwie do swych oryginalnych wzorców mają charaktery, a także zdolność uczenia się, a żarty -- serio, serio! -- nie są żenujące. Ja wiem, że to może nie jest jakieś super wielkie osiągnięcie, ale jednak stary Scooby, jak większość produkcji z XX-tego wieku cierpiał na brak takich podstaw. W każdym odcinku bohaterowie (no, może poza Velmą) tak samo się dziwili, gdy upiór czy potwór okazywał się być człowiekiem i zawsze zaczynali niejako od nowa. Kudłaty i Scooby reagowali histerią i paniką, a jeśli udało im się jakkolwiek pomóc drużynie, to był to czysty przypadek.

Wyluzuj, Scooby Doo! jest inne, najkrócej można by powiedzieć, że jest po prostu tworzone po nowemu. Ale dopiero, gdy w tych chaotycznych skokach od odcinka do odcinka dotarliśmy (już wspólnie) do wcześniejszej serii, Scooby Doo i Brygada Detektywów, wciągnęliśmy się na amen i obejrzeliśmy ciurkiem 52 odcinki, robiąc sobie małą przerwę pomiędzy dwoma seriami na przetrawienie wrażeń.

Seria opowiada o czasach licealnych naszej drużyny. Poznajemy ich rodziny, szkolnych kolegów oraz historię Kryształowego Zdroju, w którym mieszkają. Mamy też wgląd w ich rodzące się (i gasnące) uczucia. Każdy odcinek stanowi zamkniętą całość, a jednocześnie dodaje coś do wątku spinającego obydwie serie. Kryształowemu Zdrojowi, miastu założonemu przez hiszpańskich odkrywców, grozi unicestwienie ze względu na to, co owi odkrywcy ukryli w jaskiniach położonych bezpośrednio pod nim. Początkowo o tym nie wiemy, wiemy jedynie, że ktoś naprowadza dz
Źródło
ieciaki na coraz to nowe tajemnice i podtyka im pojedyncze fakty dotyczące działającej w Kryształowym Zdroju pokolenie wcześniej pierwszej brygady detektywów. Stopniowo wyłaniają się kolejne fakty, a całość intrygi jest dobrze skrojona.

Przede wszystkim jednak bohaterowie są wyraziści i choć Fred nadal jest przystojniakiem, Daphne pięknością, Velma bystrzachą a Kudłaty ze Scoobym obżerają się na potęgę i notorycznie wieją przed niebezpieczeństwem, to, wychodząc z tych pojedynczych cech, twórcy stworzyli im ciekawe charaktery, uwzględniające na przykład wpływ sytuacji rodzinnych poszczególnych członków zespołu. Na przykład matka Velmy ma sklepik z "magicznym" wyposażeniem, podczas, gdy nasza bohaterka to stojący twardo po stronie faktów naukowych nerd, jakby w opozycji do swej rodzicielki. Najbardziej zachwyca mnie Kudłaty, który wcale nie przestał się bać, ale w tym strachu potrafi myśleć, nie zostawia swych przyjaciół na pastwę upiorów i działa, podejmuje ryzyko, po prostu znajduje w sobie odwagę do przezwyciężenia lęku. Także Scooby prezentuje się znacznie ciekawiej -- widać, że jest psem, potrafi warknąć albo polecieć za czymś bez większego sensu (z ludzkiego punktu widzenia). Jest zazdrosny. Potrafi tęsknić. I czynnie bierze udział w działaniach grupy.

Oprócz piątki głównych bohaterów poznajemy całą paletę postaci pobocznych -- jest ojciec Freda, burmistrz Kryształowego Zdroju, który wychowuje syna samotnie, szeryf Bronson Stone, wielki fan grillowanej wołowiny, Angela Dynamit, DJ-ka miejscowej stacji radiowej, członkinie zespołu Eko-Wiedźmy, Vincent van Ghoul -- aktor, grający w horrorach, które namiętnie oglądają Kudłaty i Scooby, szkolna koleżanka Velmy, Marta zwana Wodą z Mięcha (swoją drogą jej ksywa jest jedyną rzeczą, która mi się nie podoba w tym serialu, odkąd się pierwszy raz pojawiła). Wszystkie one stanowią interesujące tło, mają spory udział w intrydze i jej rozwiązaniu i bynajmniej nie wydają się płaskie. Sporą moc sprawiania radochy oglądaczowi mają też postacie pojawiające się na ekranie raz czy dwa -- jak na przykład profesor H. P. Hatecraft czy Harlan Ellison.

Wielkim plusem serii jest muzyka. Utwory są dynamiczne i świetnie dobrane do scen pościgów (czy też ucieczek bohaterów). Człowiek mimowolnie zaczynał wystukiwać rytm i to, co zwykle dla mnie najnudniejsze, czyli sceny akcji, oglądałam z wyjątkową przyjemnością.

Osobna sprawa to humor serii. Mamy tu wyraźne odniesienia do serii wcześniejszych, twórcy co rusz kłaniają się fanom, pozwalają sobie na autokpiny ale też na szerzej adresowane żarty z najczęstszych motywów obecnych w popkulturze. Trafiały do mnie na tyle dobrze, że czasem Monsz
Źródło - 10 powodów dla których warto oglądać tę serię
pauzował odcinek, żebym go nie zagłuszała rechotem. Numer jeden dla mnie to nazwa fabryki, siedziby całego zła i celu niejednego koniecznego i w pełni usprawiedliwionego włamania Brygady Detektywów. Po co się bawić w eufemizmy, jak można po prostu nazwać firmę Destroido?

Bawiłam się zdecydowanie dobrze, zakończenie pierwszego sezonu ma moc, początek drugiego jest dynamiczny, nie cofa fabuły, nie zwalnia tempa, bez problemu dałam się wkręcić tak, że nie mogłam odpuścić, a dzień bez kilku odcinków kończył się nieprzyjemnym swędzeniem w tyle mózgu. A końcową rekomendacją niech będzie to, że chętnie zerknę na obiecaną na ten rok kolejną serię -- Scooby Doo and Guess Who?


Tytuł: Scooby Doo! Mystery Incorporated. 
Liczba odcinków: 52 w dwóch seriach
Rok produkcji: 2010-2013
Twórcy: Joe Ruby, Ken Spears
Reżyserzy: Victor Cook (34 odcinki), Curt Geda (18 odcinków), Lauren Montgomery (4 odcinki), Doug Murphy (1 odcinek), Michael Gougen (1 odcinek)

środa, 2 stycznia 2019

Literackie podsumowanie 2018



Internety toną w podsumowaniach i postanowieniach. To i ja się podsumuję. Literacko.

Wiedziona doświadczeniami z lat ubiegłych, chcąc oszczędzić sobie stresu wynikającego z porażki, ustaliłam na Goodreads, że przeczytam w ciągu 2018 roku 36 książek. Przeczytałam 38, więc sukces pełną gębą. Dla odmiany, ponieważ jeszcze nigdy tego nie robiłam, postanowiłam spojrzeć na moje lektury pod kątem statystyki.
Wśród tych 38 książek dwie trzecie napisały polskie autorki i autorzy (25). Bardzo podobny był stosunek kobiet do mężczyzn w wybieranych przeze mnie pozycjach. 21 napisały panie, 15 panowie, a 2 to zbiory opowiadań różnych autorów. Jeśli chodzi o tematykę dominowała fantastyka – 31 książek. Wśród pozostałych siedmiu pozycji znalazł się jeden thriller („Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins), jedna przygodówka („Pokój Trappa” Briana Callisona, zalegający mi od wyzwania z 2015 roku) i jedna pozycja niefabularna („Astrofizyka dla zabieganych” Neala de Grasse Tysona). Wśród pozostałych czterech są dwie, które uważam za najlepsze, jakie przeczytałam w ubiegłym roku: „Król szczurów” Jamesa Clavella i „Gdybym ci kiedyś powiedziała” Judy Budnitz.
Ta pierwsza opowiada o życiu żołnierzy trzymanych podczas drugiej wojny światowej w japońskim obozie jenieckim w Malezji i zrobiła na mnie ogromne wrażenie głównie tym, czego jej autor nie pisał wprost. Lekki styl, brak epatowania okrucieństwem, spokój bohaterów – to wszystko powodowało, że przeżyłam ją jeszcze mocniej. Ta druga to współczesna baśń dla dorosłych, momentami fantastyczna, momentami straszna i boleśnie prawdziwa, zawierająca w sobie opis tego, jak kultura, obyczaje, wierzenia wędrują z ludźmi poprzez ocean ze starego do nowego świata, stając się jeszcze jedną przyprawą w wielokulturowym tworze, jakim są Stany Zjednoczone.
Do mojej osobistej topki dołączę jeszcze „Wrota” Mileny Wójtowicz. Sposób w jaki wykorzystała konwencje i motywy znane z baśni i książek o bohaterach, jak nimi przewrotnie zagrała i jak je w końcu zdekonstruowała bardzo mi się spodobał. A do tego stworzyła niesamowicie sympatyczną i prawdziwą bohaterkę. Czytając, bawiłam się zarówno na poziomie rozrywkowym, jak i na poziomie obserwatora nie związanego z historią emocjonalnie – przyglądałam się jak autorka manewruje historią, jak wywraca do góry nogami stereotypy, jak racjonalnie i bezlitośnie podchodzi do relacji między swoimi bohaterami. „Wrota” to prawdziwy miód.
Na drugim końcu, pośród tych, które mnie zawiodły, bądź po prostu nie przypadły mi do gustu znajduje się wspomniana wyżej „Dziewczyna z pociągu”, która z mojego punktu widzenia na określenie thriller nie zasługuje, bo ani przez chwilę nie trzymała mnie w napięciu, tożsamość złola odkryłam bardzo szybko, a całość zdecydowanie bardziej przypominała dramat obyczajowy, niezbyt odkrywczo napisany zresztą.
Nie polecam też nikomu „Marszu automatonów” George’a Manna. Szczerze mówiąc po prostu się wynudziłam, a do tego naprawdę ciężko mi się ją czytało. Coś z nią było nie tak. Język mnie zatrzymywał. Podobnie zresztą jak przy lekturze „Wilczej godziny” Andriusa B. Tapinasa – jedynej książki zagranicznej w tym zestawieniu, która w oryginale nie jest anglojęzyczna. Mam wrażenie, że w przypadku tej ostatniej problem tkwi w tym, że tłumaczenie robił ktoś, dla kogo polski nie jest językiem rodzimym. Karkołomne konstrukcje gramatyczne i nieistniejące związki frazeologiczne odrywały mnie od lektury książki, która dla wielu miłośników steampunkowych przygodówek może być bardzo smakowitym kąskiem.
Wyróżnię tu także „Świat w pudełku” Katarzyny Rupiewicz i „Triskel” Krystyny Chodorowskiej. Obydwie autorki to moje koleżanki z sekcji literackiej ŚKF. Obydwie książki czytałam z ogromną przyjemnością i bez odrywania się z błahych powodów. Pierwsza to opowieść w klimacie postapo, która każe się zastanawiać nad tym, w jaką formę wyewoluuje człowiek i jak reszta społeczeństwa poradzi sobie z innością. Trudno mieć złudzenia, że będzie dobrze. Nie jesteśmy gatunkiem tolerancyjnym niestety. Druga przedstawia rzeczywistość, w której super bohaterowie są jawni i wchodzą w skład sił porządkowych zabezpieczających miasto przed wszelkiego rodzaju negatywnymi niespodziankami, czy to z udziałem czynnika ludzkiego, czy niekoniecznie. Pierwsza to samodzielna całość – rzadkość w dzisiejszych nastawionych na serie czasach. Druga – pierwszy tom trylogii.
W 2018 kontynuowałam także edukację z amerykańskich klasyków. Przeczytałam „Wyszłam za komunistę” Philippe’a Rotha (niżej ją oceniam niż „Amerykańską sielankę”, ale styl autora i jego umiejętność uderzania w wielki dzwon, tak by czytelnik nie czuł się zażenowany, a porwany entuzjazmem, nieodmiennie mnie fascynuje) oraz „Timbuktu” Paula Austera (historia opowiedziana przez psa, który po śmierci pana próbuje sobie znaleźć miejsce na świecie, nie tylko fizyczne, ale też to, które określamy mianem sensu życia).
Czytelniczo to był bardzo sympatyczny rok, choć pod koniec 2017 miałam nadzieję, że przeczytam więcej książek niefabularnych, że sięgnę po kilka książek historycznych, które miały mi dać bazę do pisania konkretnych tekstów, że uzupełnię braki w klasyce. Wyszło inaczej, bo potrzebowałam lekkich lektur, dających odpoczynek i odrywających od realnego życia, które jednak mocno dało mi w kość.
Na ten rok na Goodreads mam znów zakontraktowane 36 książek w wyzwaniu i zastanawiam się, czy nie wyznaczyć sobie dwunastu pewników. Rzeczy, które mam na liście do przeczytania praktycznie od zawsze, a które jakimś cudem z niej nie spadają, by przeskoczyć na listę „przeczytane”.

Pisarsko nie było tak wesoło. Bilans napisanych tekstów to zero. Coś skończyłam, coś zaczęłam, tu i ówdzie się przymierzałam. Zbierałam za to żniwo z zasianych wcześniej słów. W 2018 ukazały się cztery moje opowiadania:
„Zbynio” (Silmaris (8) marzec 2018),
„Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra” (w antologii Ścieżki wyobraźni: Skafander i melonik, Śląski Klub Fantastyki 2018),
„Wow!” (w antologii: Ten pierwszy raz, Genius Creations 2018),
„Dom” (w antologii: Fantazmaty. Tom II, 2018).
Najstarsze z nich to „Wow!”, które pisałam na konkurs Genius Creations w marcu 2016 roku, najnowsze – „Detektyw Fiks…”. Kończyłam je w styczniu 2018 gnana deadlinem i przekonana że nie ma bata, nie zdążę i już. Zdążyłam i jestem z Fiksa dumna. Udał mi się łobuz po prostu. A Ania Askaldowicz, która podjęła się trudu redakcji, pomogła mi w wyszlifowaniu tekstu tak, bym mogła z tej dumy puchnąć.

Planów nijakich na rok 2019 nie ogłaszam. Będę raportowała na bieżąco po prostu. Ogłoszenia mi ostatnio nie służą, więc po co się wygłupiać?

Do przeczytania za dwa tygodnie!

środa, 5 grudnia 2018

Czy pacjent żyje?

Domowa hierarchia - bez zmian.

Dzień dobry!

Mój blogas niemalże niepostrzeżenie stał się kwartalnikiem. Winna temu jest upierdliwa właściwość czasu, który wciąż pozostaje nierozciągliwy, przynajmniej w mojej ziemskiej rzeczywistości.

W ciągu tych trzech miesięcy robiłam mnóstwo rzeczy. Aklimatyzowałam się w Przedszkolu. Właściwie to nadal się aklimatyzuję, bo aktualnie jestem na trzecim zwolnieniu lekarskim od początku roku szkolnego. Moje nowe koleżanki mówią, że to normalne i w końcu mi przejdzie. Bardzo tego pragnę, bo omijają mnie fajne rzeczy. No i ja zwyczajnie lubię moją pracę. A siedzenie w domu, z bólem głowy, chustką przy nosie i rwącymi stawami absolutnie nie należy do przyjemności. Szukam głębiej, czy to faktycznie tylko przedszkolne choróbska, czy jednak coś więcej. Aklimatyzowanie nie polega jedynie na chorowaniu. Zderzyłam się z zapomnianymi już stosami dokumentacji wszelakiej, spędziłam sporo czasu, układając plan pracy z moimi podopiecznymi na pierwszy semestr, a w tej chwili mi go życie weryfikuje i jestem przekonana, że plan na semestr drugi stworzę znacznie realniejszy. Przy okazji dokumentacji zarwałam kilka nocy i ogólnie nowy poziom stresu. Ale nie narzekam, to są rzeczy, które mogą na pewnym poziomie irytować, ale które mają sens.

Kolejną zajmującą mi czas rzeczą są zabawki. Zabawki, które sobie robię do pracy - pomoce dydaktyczne i do stymulacji widzenia. Lubię to. Taka forma twórczości manualnej, w której się odnajduję. Znów zaczęło się zbieractwo buteleczek, pudełeczek i szpulek po cynie. Bo mnóstwo rzeczy za pomocą folii samoprzylepnych i odblaskowych można zamienić w coś interesującego. Wrzucam czasem swoje pomysły na instagrama (@siemomysla) z haszem #tyflopedagogika i #nauczycielkaprzedszkola. 

Tak upłynął wrzesień i pół października. Potem zaczęło się przygotowanie do NaNoWriMo, którego
Fajnie jest mieć kredki
w końcu nie napisałam. Gdzieś w połowie listopada poczyniłam odkrycie, że nie napisałam żadnego tekstu w tym roku. Owszem, kończyłam pierwsze opowiadanie Fiksowe i zaczęłam pisać kolejne, ale nie skończyłam żadnego, nawet miniaturowego tekstu. Wszystko, co w tym roku ukazało się pod moim nazwiskiem to twory z lat ubiegłych. I wiem, że jeszcze nie koniec roku, ale jakoś mnie to przygnębiło. Wiem też, że bywają różne fazy w pisarskim życiu, a patrząc wstecz na cały rok i to, z czym się mierzyłam, rozumiem, że naprawdę trudno byłoby oczekiwać po sobie jeszcze wysiłku twórczego, większego niż przyklejanie na przemian pasków czarnych i białych. Ale i tak mierzę się z poczuciem winy. Bo jak to tak? A jeśli już nigdy niczego nie napiszę? Ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić Siem bez pisania, postanowiłam podejść do tego planowo. Oto zatrudniam sama siebie w wymiarze 1/4 etatu na stanowisku pisarka. 1/4 etatu to 10 godzin tygodniowo. Nie ustaliłam jeszcze wynagrodzenia, ale to kwestia drugorzędna. Wzięłam w poniedziałek stary zeszyt z NaNoPakietu i zrobiłam sobie z niego śliczny planner. Bo po co czekać do nowego roku, skoro można od razu się nie stosować? Mam świeżutki pomysł. Na niedługie opowiadanie, w sam raz pod temat przyszłorocznego zbiorku Logrusowego. Wydaje mi się, że dobrym pomysłem na rozruch, będzie napisanie czegoś krótkiego, od zera i nie powiązanego z żadnym z moich dotychczasowych projektów. Potrzebuję zdjąć z siebie presję, jaką tworzy dla mnie istnienie czytelników. Kocham moich czytelników. Bez czytelników pisanie nie ma sensu. Ale myślenie o nich w trakcie pisania to dla mnie murowany sposób na blokadę. Zajmuję się zatem obecnie stawianiem mentalnego płotu.

Różowy słoń z niebiesko-zielonym tyłem
W ramach odstresowania wpadłam w te cholerne kolorowanki. Nie wiem, jak to ma odstresowywać, zwłaszcza jak nie da się naostrzyć do czubka, bo się duszka łamie. Ale zajmuje myśli - to fakt bezsprzeczny. A także próbuje mnie zbankrutować, bo chcę więcej kolorów! Więcej! Więcej! I aktualnie czekam na jakieś niespodziewane pieniądze, żeby sobie kupić Polycolory Koh-i-noora. Siedemdziesiąt dwa kolory! I może będą się lepiej ostrzyć niż zwykłe szkolne, bo rozpacz bierze. Ale i satysfakcja, jak wzór wyjdzie, nigdzie nie pomylę i nie powyjeżdżam za bardzo... Przy okazji przekonałam się, że to prawda, czego mnie uczyli w szkole. Czterdziestka na karku, pora myśleć o okularach do czytania. Przy czytaniu jeszcze spoko, ale przy tych malutkich szczegółach do kolorowania - klęska.

Hordowy zestaw na początek grudnia
Co jeszcze? Nadrabiam czytelniczo ten okres, kiedy weszłam w separację z fantastyką. Okazało się, że wiele straciłam, a uratowało mnie wstąpienie do Klubu i zaproszenie do Hardej Hordy. Przynajmniej ze wznowieniami powieści dziewczyn jestem niemal na bieżąco. Polubiłam się już bardzo z Brune Agnieszki Hałas i pokochałam miłością silną Saliankę Mileny Wójtowicz. Teraz pora na Martynę Raduchowską. Tylko chyba na drodze losowania wybiorę - Maya czy Ida? A może jakieś podpowiedzi? Wyzwania książkowe, które mieliście okazję tu obserwować, wciąż się nie zakończyły. Książek pożyczonych przybywa, a ja się nie wyrabiam i jeszcze Michał Cholewa wydał kolejną część Algorytmu Wojny i ręce opadają z nimi wszystkimi. Drugie wyzwanie zmarło w chwili, gdy wyciągnęłam ze słoika podrzutków Koran. Być może już zresztą wspominałam o tym sabotażu. Pocieszające jest to, że z całą pewnością mam materiał na reaktywację blogasa. Niezależnie od martwych wyzwań, czytam i czytam, i chętnie się tym czytaniem podzielę. W plannerku zarezerwowałam dla bloga środy - co dwa tygodnie. Metoda dwutygodniowa bardzo nam się sprawdziła - mnie i Frzee - przy działaniach na Trekkies' Log, które zresztą od listopada eskalowały! Dotarłyśmy do The Next Generation i postanowiłyśmy wrzucać notki co tydzień, żeby nie pisać o Picardzie do emerytury. Na razie się udaje. Być może dlatego, że przed NaNo przygotowałyśmy sobie zapas. Nie wiem, jak to wyjdzie w przyszłości, bo zwykle się nie wie, ale jestem gotowa na zmiany życiowe w kierunku - planowanie i porządek, bo chaos i działania na ostatnią chwilę przestały się sprawdzać. I to ma szansę. Podobnie jak zmiana nawyków żywieniowych, ku której pcha mnie delikatnie Aga z Obrazko&Terapii. Na początek rezygnuję z mleka, które mnie truje, jako ssaka innego gatunku niż krowa. Trochę smuteczek, bo kij z mlekiem, ale twarożkami i jogurtami żywię się odkąd zaczęłam o tym decydować sama. To będzie wyzwanie. Ale jeśli mam się czuć lepiej i nie chorować na jakieś podłe, przewlekłe infekcje, to warto. Oczywiście razem z mlekiem lecą słodkości. W sensie cukier wypada. Z tej okazji w poniedziałek pożarłam 20 dag moich ukochanych pączuszków serowych ze sklepiku pod blokiem. Na pożegnanie rzecz jasna.

Kącik tulaśno-motywacyjny
Mam też zamiar podjąć się regularnego oszczędzania! No. Może nie do końca regularnego. Ale oszczędzania! Monsz twierdzi, że nie ma mocnych - w ostatnim tygodniu miesiąca będę wydłubywać drobniaki ze skarbonki, ale postanawiam się nie poddawać jego defetyzmowi. Chcę nowego pióra, żeby móc kupić brązowy atrament. Bo jak się ma pióro z brązowym atramentem to ho ho! Przy okazji uwaga z innej beczki - nie wiem, jak to działa, ale piórem piszę wyraźniej. To mogłoby być dobre dla wypełnianych przeze mnie rubryczek w dzienniku przedszkolnym. Tyle że na razie mam atrament w kolorze pięknej zieleni i w kolorze gumijagody. Żaden nie wydaje mi się dość odpowiedni do wypełniania dziennika... Ale za to do notowania sukcesów w kalendarzyku pisarskim 2019 (na zdjęciu wspiera się na kucykach) obydwa są idealne. I tym optymistycznym, kończę rytuał ożywiania. Pilnujcie mnie 19 grudnia!






niedziela, 2 września 2018

Zmiany, zmiany!

Kompozycja z kotkiem
Dziś wpis intymny na okoliczność zmiany pracy. Po czterech i pół roku w biurze wróciłam do dzieci na pełen etat. Śladowe ilości pracy w zawodzie wyuczonym nie wystarczyły, a kiedy jakiś czas temu drastycznie zminimalizowałam ilość zajęć dodatkowych w postaci pracy w szkole, popadłam w marazm duchowy. Tak to w tej chwili postrzegam. Efekty? Najpierw praca w gliwickim ośrodku dla dzieci niepełnosprawnych w wymiarze dnia, a od 3 września etat na stanowisku nauczyciel wychowawca łamane przez pedagog specjalny-tyflopedagog. Innymi słowy - będę pracować zarówno z grupą dzieci, jak i prowadzić zajęcia indywidualne z terapii widzenia. Zdjęcie przedstawia (oprócz Pinty oczywiście) domowej roboty ekran do puszczania obrazu z projektora oraz innych zabaw światłem. Przez kilka ostatnich dni zdążyłam zrobić klocki dotykowe, plansze z kontrastowymi wzorami do pobudzania pracy siatkówki i filtry barwne na latarkę. Oprócz tego zdążyłam się wystraszyć swojej decyzji i zapisać na studia podyplomowe. Planuję nieco zwolnić w tym roku szkolnym z wyjazdami, więc plany na weekendy mam tylko do połowy października...

Od 7 do 9 września będę na Twierdzy w Giżycku razem z Anią Kańtoch i (uwaga!) Monszem.

W piątek o 16:00 będę mówić na mój ulubiony temat: Czy pisania można się nauczyć? Z kolei o 20:00 poekscytuję się publicznie moją ulubioną pisarką fantastyczną - Lois McMaster Bujold. W sobotę o 11:00 zrobię przegląd literatury steampunkowej, a o 13:00 będę wspierała Anię Kańtoch w opowieści o tym jak bardzo harda jest Harda Horda.

15 września spotkać mnie będzie można w Kąciku literackim pod parą na terenie Parku Tradycji w Siemianowicach Śląskich, bo tam właśnie będzie się odbywał Silesia Steampunk Piknik 2. Każdemu chętnemu znajdę coś ciekawego do czytania, a przynajmniej się postaram. Chętnie też posłucham o nieznanych mi pozycjach książkowych spod steampunkowego szyldu.

22 września wybieram się do Starego Browaru w Katowicach Szopienicach na spotkanie Blog Book Meeting, a to dlatego, że zaproszono na niego Krysię Chodorowską - Logrusową autorkę, której pisanie bardzo lubię, a debiut powieściowy pt.: Triskel: Gwardia polecam z całego serca.

Kolejny weekend planowałam spędzić w domu... Ale okoliczności się zmieniają z chwili na chwilę i nie mam pojęcia, co wyjdzie z tego ambitnego planu.

6 i 7 października to Warszawskie Targi Fantastyki. Spotkacie mnie na stoisku Śląskiego Klubu Fantastyki, gdzie będę żywo zachęcać do nabycia papierowej wersji Logrusowej antologii, a także do wzięcia udziału w akcji pisania na żywo.

Zaś w dniach 12-14 października odbywają się Śląskie Targi Książki. Klubowego stoiska nie może na nich zabraknąć.

Potem już pasuję. Naprawdę. Zajmę się dokształcaniem i PISANIEM. Mam dwie koncepcje na listopad. Wiecie, na to NaNo, którego nie piszę.

A jeśli o pisaniu - premiera antologii wydawnictwa Genius Creations Ten pierwszy raz będzie miała miejsce 14 września. Zaś drugiego tomu Fantazmatów na przełomie października i listopada. W obydwu znajdą się moje opowiadania, które ekstremalnie różnią się długością, nieco mnie konwencją, a obydwa dzieją się w kosmosach. Jak już wyjdą, bardzo bym chciała usłyszeć Wasze opinie.

Do następnego!