Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Dawno mnie nie było

Market w pobliżu średniej wielkości osiedla. Do kobiety przeglądającej półki z nabiałem podchodzi staruszka. Szczupła, wręcz wychudzona, z podkrążonymi oczami, włosami w nieładzie, w za dużych spodniach związanych gumką. Prosi o kupienie jej czegoś do jedzenia. Mówi, że jest głodna, że dzieci, z którymi mieszka dają jej do jedzenia resztki. Skórki chleba, nic więcej. Kobieta kupuje dodatkowo parę plasterków sera, pętko kiełbasy. Współczuje staruszce. Może myśli o tym, że takie dzieci to przekleństwo. Może jest jej trudno uwierzyć, że tak może być, ale przecież ma przed sobą żywy dowód. Staruszka zalewa się łzami. Dziękuje wylewnie. Potem wraca do swojego domu. Nie wypakowuje z kieszeni sera ani kiełbasy. Tak naprawdę zapomina o nich, gdy tylko wyjdzie z marketu.

Ta staruszka to moja mama.
Mama jest chora. Depresja, otępienie, diagnoza mówiąca o chorobie Alzheimera. Powinna mieć stałą opiekę, ale wciąż nad tym pracujemy, bo żadne z nas nie jest w stanie zrezygnować z pracy  – to po pierwsze. Po drugie, jakkolwiek to zabrzmi, szczerze uważam, że żadne z nas nie powinno rezygnować ze swojego życia, by poświęcić je jedynie na opiekę nad mamą. Robimy tyle, ile jesteśmy w stanie. Jesteśmy w stałym kontakcie z MOPS, szykujemy się na objęcie mamy opieką DPS, regularnie odwiedzamy neurologa i psychiatrę. Na razie mama mieszka z moim bratem. Ja pilnuję wizyt lekarskich, dostępności leków, jestem pierwszym pogotowiem, gdy dzieje się coś nietypowego. Na przykład wtedy, gdy mama dostaje ataku szału na ulicy, rzuca się na ziemię, krzyczy i uderza pięściami. Albo wtedy, gdy coś w maminym pokoju zaczyna znienacka niepokojąco pachnieć i pośród wszystkich nagromadzonych przez mamę rzeczy brat nie jest w stanie samodzielnie namierzyć miejsca, w którym mama ukryła wazonik z odchodami. Albo, kiedy mama wyjdzie z domu i niepokojąco długo nie wraca. Nigdy nie wiem, kiedy spadnie na mnie kolejna bomba.

Ten wpis to taki jakby coming out. Trochę też próba wyjaśnienia coraz dłuższych przestojów na blogu. Staram się nie rezygnować z siebie, z działań, które nadają mojemu życiu sens, ale priorytety układają się czasem poza mną. I są niepodważalne, jak to priorytety.

Przede wszystkim jednak zdecydowałam się na takie intymne wynurzenia, bo mam wrażenie, że może komuś tym pomogę.

Może komuś, kto ma taki problem z własną mamą/tatą/babcią – poczuje, że nie jest sam, że gdzieś jest ktoś, kto rozumie, bo też przeżywa taką sytuację. Bo to nie jest łatwe do ogarnięcia dla osób, które podobnych doświadczeń nie mają. Dla mnie najgorsza jest nienaturalność sytuacji, w której stałam się matką własnej mamy. Bo tak – to ja ją regularnie kąpię, tulę, jak małe dziecko, szukające pocieszenia, oglądam z nią filmy dla dzieci, bo te jest w stanie zrozumieć. To nie tak, że nie ma w tym pozytywnych emocji. Ale wszystko stoi na głowie. Jest też aspekt maminych opowieści. Mama mówi o nas źle na zewnątrz. O nas dzieciach. Jesteśmy wyrodni. Traktujemy ją jak śmiecia. Okradamy. Głodzimy. W takie opowieści odruchowo się wierzy. Mało to się słyszy o takich przypadkach? O żerowaniu na emeryturze niepotrafiącej się bronić starszej osoby? Tak, pilnujemy konta mamy. Nie pozwalamy jej na samodzielne decydowanie o jej pieniądzach. Nie jest w stanie gospodarować, nie jest w stanie płacić rachunków, ostatnie buty jakie sama sobie kupiła były na nią o 4 numery za duże. My wiemy, że nie robimy niczego złego. Otoczenie traktuje nas różnie i niewiele możemy na to poradzić. Może więc ktoś, kto ma podobną sytuację jak my, przeczyta to i choć przez chwilę poczuje coś jak wsparcie z mojej strony – wsparcie kogoś, kto po prostu ma tak samo. A jeśli chciałby pogadać: siemomysla(at)gmail.com.

A może pomogę komuś, kto czuje się niepewnie „atakowany” przez starszą osobę prośbami i zbytnią wylewnością. Mama często przekracza granice – dotyka obcych, przytula, opowiada o sprawach, których nie wyznaje się przypadkowo napotkanym ludziom. Jeśli coś takiego Was spotyka/spotkało – warto pomyśleć, że to choroba, że to nie jest zależne od tej osoby, że nie chciała Wam ubliżyć, ona nawet nie wie, że jej zachowanie może wzbudzać zażenowanie, wywoływać odruch obronny.
Mówi się o tym, że choroba Alzheimera to choroba całej rodziny. Tak jest. Unikam moich ciotek, bo w pewnym momencie rozmowy o mamie zaczęły się kończyć awanturami. Wszelkie plany moje i brata, a więc i naszych rodzin są uzależnione od mamy. Ktoś musi być na miejscu. Psychiczne obciążenie, presja otoczenia i początkowy totalny brak zrozumienia naszej sytuacji (czy uwierzycie, że obce osoby, uważające się za przyjaciółki mojej mamy, uważały, że mają prawo żądać ode mnie dokumentów medycznych i tłumaczenia się z decyzji, jakie podejmuję w sprawach mamy?) zaowocował tym, że i ja zaczęłam leczyć depresję. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że dzięki chorobie mamy częściej widuję brata i jego rodzinę. Taki promyk słońca w tym dość burzowym świecie.

Mam wrażenie, że wciąż i wciąż za mało się mówi o problemach osób starszych i o tym, że nie dotyczą one tylko tej jednej konkretnej starszej osoby. Szukałam jakiegoś wsparcia. Grupy spotykają się w godzinach przedpołudniowych. To chyba jakiś żart. Pracuję od 6:30 do 14:30. Czy naprawdę założenie jest takie, że w rodzinie z Alzheimerem ktoś powinien oddać swoje życie za życie chorego? I że tylko jemu należy się wsparcie? Swoją drogą, co zrobić z osobą chorą, jak się jedzie na grupę wsparcia?

Dobrze. Skończę zanim się rozżalę, bo nie o to mi chodziło. 

Będę działać dalej, bloga ani nie zamykam, ani nie zawieszam. Wciąż planuję wyjazdy na konwenty i staram się pisać, choć to ostatnie jest bardzo trudne – wymaga skupienia; koncentracji myślowej i uczuciowej na historii, którą chcę przekazać, a teraz moją głowę zaprząta jednak głównie mama. Całkiem niedawno zaliczyłam poważny sukces – koordynowałam program Śląskich Dni Fantastyki i uważam, że wyszło mi to bardzo dobrze, a następnym razem bogatsza o doświadczenie zrobię to lepiej. Jeśli oczywiście Klub mnie powoła ;)

Nie wiem, kiedy znów napiszę. Ale a nuż wcale niedługo ;)

Do przeczytania!

wtorek, 9 stycznia 2018

Harry Harrison – "Stalowy Szczur"

Autor: Harry Harrison
Tytuł oryginału: The Stainless Steel Rat
Rok pierwszego wydania: 1961
Wydawnictwo: Amber, Warszawa 1994
Liczba stron: 170
Tłumaczenie: Jarosław Kotarski

Przeczytane: 25 listopada 2017
Ocena: to musiała być fajna przygodówka dawno dawno temu... 

"Gdy drzwi do biura otworzyły się gwałtownie, zrozumiałem nagle, że skończyły się dobre czasy. Pomysł był niezły, a dochody piękne, lecz należało zaliczyć to do wspomnień. Do środka wszedł gliniarz, a ja, wsparty wygodnie w fotelu, posłałem mu na powitanie promienny uśmiech. Gość był taki sam jak wszyscy gliniarze – ciężki chód, równie ciężki pomyślunek i ten wyraz twarzy, jakiego nie powstydziłby się kuchenny piec, i jeszcze całkowity brak poczucia humoru. Nim zdążył się odezwać, prawie wiedziałem, co powie."

Są takie książki, które należy czytać w odpowiednim czasie albo wcale. Dla mnie taką właśnie pozycją zdecydowanie jest Stalowy Szczur. Napisany w 1961 roku, w Polsce po raz pierwszy wydany w 1990, kiedy ja miałam lat dwanaście i z całą pewnością czytałabym tę książkę w zupełnie inny sposób jak teraz. Jest spora szansa, że bym ją zapamiętała, jako fajną przygodówkę w kosmosach, acz nie wątpię, że gdybym zaczęła ją czytać po raz wtóry w starszym wieku, czar Stalowego Szczura by prysł. 

"Pozbyłem się kapiącym przepychem rzeczy i widziałem czarny galowy uniform admirała Floty Kosmicznej Lig. Był kompletny, licząc w to złoty sznur, akselbanty, odznaczenia i wszystkie niezbędne papiery."

Pierwszy problem miałam z bohaterem, który zwyczajnie niczym mnie nie kupił, a sposób w jaki opowiadał swoją historię mnie drażnił. Merysój. Tyle zasadniczo mam do powiedzenia. I wydaje mi się, że merysój w stanie czystym, co tak naprawdę w mojej opinii rzadko się zdarza. Zwykle tak naprawdę bohaterowie mają w sobie coś jeszcze, coś, czym jakby odkupują się w moich oczach. Coś za co ich lubię. A Jima diGriza nie polubiłam kompletnie za nic. Z drugiej strony – to taki typ bohatera. Kosmiczny rewolwerowiec/kowboj spod ciemnej gwiazdy. Przecież całkiem sporo z bohaterów westernów lat sześćdziesiątych mniej więcej tak jak on się zachowywała. Tylko, że być może akurat w tym przypadku fajniej się patrzy niż czyta.

Drugi problem miałam z bohaterką. Ta książka ma już prawie sześćdziesiąt lat, więc dość bezczelnie pozwolę sobie na spoiler. Biedna Angelina została groźnym przestępcą, bo była brzydka. To ją tłumaczyło. Bo właściwie, co innego miała do roboty, jak ukraść kasę na operację plastyczną. Ba. W głębi serca wciąż była tamtą dziewczyną, która chciała prawdziwego uczucia, a nie oferowanego jej przez rozlicznych mężczyzn pożądania dla sztucznie poprawionego ciała. 

"Angelina, mój kochany kowboj, jeżeli w ogóle jeszcze o mnie myślała, to jedynie jako o obłoku szarego dymu ulatującego z lokalnego krematorium."

Trzeci problem miałam z narracją. Ten typ pierwszoosobówki, który od trzecioosobówki spersonalizowanej różni się jedynie końcówkami. Nie lubię po prostu.

Natomiast nie ukrywam, że rywalizacja Szczura z Angeliną, ich przyciąganie i odpychanie, udowadnianie sobie, kto lepszy, a także motyw niestałości Szczura w kwestii współpracy z Agencją do zwalczania resztek przestępczości w niemal idealnym świecie są przyjemną przygodową bazą i rozumiem, dlaczego ta książka mogła się podobać. Dla mnie po prostu było już na nią za późno. Co nie zmienia faktu, że pragnę pięknie podziękować temu, kto mi ją wrzucił do słoika podrzutków (APELUJĘ O UJAWNIENIE SIĘ!). To jakby nie było jeden z klasyków powieści fantastycznych i cieszę się, że już wiem, co to takiego.
 
 
PS. Jako kolejną pozycję ze Słoika Podrzutków wylosowałam Koran. Przyznaję się od razu – zostawiam go sobie na koniec. Dokonałam drugiego losowania i wreszcie przeczytam "Jonathana Strange'a i pana Norrela" :)

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Dzień dobry, 2018

Pierwszy stycznia. Wow.

To ja może spróbuję dokonać podsumowania. Bo to dobry pomysł na 650 słów, które są mi potrzebne, by ubić Winter Wignowa na 4thewords.com (tak, lokuję produkt, bierzcie, wszyscy, który piszecie i nie od rzeczy byłoby dla Was przy okazji się trochę pobawić bonusowo).

Na blogu pojawiło się całe 13 wpisów. Przypominam, że to o jeden więcej niż jest miesięcy w roku, a więc mamy tu do czynienia z pierwszym znaczącym sukcesem ;) 5 z tych wpisów dotyczy książek, które przeczytałam, ale wcale nie oznacza to, że tylko tyle przeczytałam! Przeczytałam 47. Zakładałam, że przeczytam 48, więc jest dobrze. Głównie była to fantastyka, co nie powinno nikogo dziwić. Pełna lista do wglądu na Goodreads. Numer jeden? Uf uf. Dom z liści bo puzzle układające się w historię. Piąta pora roku bo narracja. Olga i osty bo tak bardzo napisana dla mnie, choć przecież wcale nie dla mnie. Aposiopesis bo ubawiłam się przy niej setnie. Co się komu śni i inne historie bo życia nie pokona żadna fikcja i dobrze sobie czasem o tym przypomnieć. Największy zawód Obietnica krwi. Bo taki intrygujący świat i tak totalnie wyzuci z życia bohaterowie. Szkoda.
Na przyszły tok zakładam przeczytanie 36 książek. Chciałabym żeby przynajmniej 6 z nich było pisanych w języku angielskim. Czuję potrzebę rozwijania kompetencji językowych. Niech będzie odbiorczych. Bo z nadawaniem to ja już pewnie nigdy nie będę się czuła swobodnie, ale walczyć warto. Chciałabym też pisać o nich więcej słów. Mam wrażenie, że notatki zostawiane na Lubimy Czytać, czy Goodreads stają się coraz krótsze. Nad tym popracuję w 2018. No i nad tym, żeby jednak dokończyć te wiszące od 2015 wyzwania czytelnicze. Chętnie bym sobie jakieś nowe wymyśliła, a tu wiszą mi tamte. Przy okazji Przyjacielu, który podarowałeś mi Koran do Słoika Podrzutków. To jednak jest swego rodzaju sabotaż :P

W 2017 zaczęłam intensywniej oglądać seriale. Kontynuowałam sobie zaczęte w roku poprzednim Elementary (genialne, jak dla mnie przełożenie Holmesa na współczesność), zaliczyłam sporo Hannibala (odpadłam w połowie trzeciego sezonu), Czarne Lustro (dobrze, że zaczęłam od trzeciego sezonu, bo pierwszy był dla mnie za ciężki i mogłabym nie dotknąć nawet drugiego, ani też nie cieszyć się teraz na czwarty), kończę drugi sezon Grimm (czuję, że odpadam, ale jeszcze mi sprawia przyjemność patrzenie na dobrego policjanta), oczywiście rzuciłam się na ST Discovery (i fangirluję kapitana Lorcę) a przy okazji na Orville, który jest zdecydowanie najlepszym, co mi się przydarzyło w serialowych sprawach. Seriale nie trzymają mnie przy sobie tak jak książki. Znacznie łatwiej mi z nich zrezygnować. Ot nagle odkrywam, że zapomniałam obejrzeć kolejny odcinek i nic się nie stało. Żadnego nieba na głowie, ani drżącego w posadach świata. Wychodzi na to, że jestem lepszym czytaczem niż oglądaczem.

Kina też raczej unikam. Wciąż ten sam problem na ogół jest za głośno i za świetliście. Wychodzę z bólem głowy. A jednak parę filmów widziałam. Starannie wyselekcjonowanych. Oczywiście The Last Jedi i jestem na tak. Siem lat 10 i Siem lat 39 na takich historiach bawią się tak samo. Wchłaniając i absolutnie nie szukając logiki. A Kylo Ren powinien stworzyć nowe imperium i już. Byłam też na Loganie (jako człowiek, który żyje poza universum Marvela, bawiłam się świetnie, uwielbiam sceny bijatyk z tego filmu) oraz na Królu rozrywki i zdecydowanie jest to film dla mnie: śpiewają, tańczą i ślicznie wyglądają z tych wszystkich kolorowych strojach. No i połowa XIX wieku. Kaman. Po co komu fabuła do tego zestawu. To nie kino moralnego niepokoju tylko rozrywka w czystej postaci, jaką zapewniał ludziom pan P.T. Barnum. Mimo starań nie potrafię sobie przypomnieć więcej razów w kinie. Nie wykluczam, że o czymś zwyczajnie zapomniałam, bo nie mam zwyczaju notować filmów, a może szkoda.

W 2017 odkryłam też radość konwentów fantastycznych. Nie wiem dlaczego do tej pory ukrywałam się w norze pod kamieniem, skoro tak łatwo jest spotkać ludzi, z którymi można podzielić się pasją. Policzyłam to ostatnio i ze zdumieniem odkryłam, że byłam na 9 różnych imprezach i z każdej wracałam z naładowanymi akumulatorami i chęcią na więcej. Niniejszym oznajmiam, że jestem ogromnie wdzięczna za każde zaproszenie Cytadela, Imladris, Opolcon będę Was sławić zawsze i wszędzie. Fantastyczne imprezy w fantastycznych miejscach. Moja przygoda nie byłaby tak wybuchowa, gdyby nie fakt, że zaczęłam regularnie bywać w Śląskim Klubie Fantastyki. To już decyzja z korzeniami w 2015, a pierwszą wizytę zaliczyłam w styczniu 2016, więc szykuje się śliczna druga rocznica, ale będę to podkreślać ile razy się da: była genialna. A jeśli o łączeniu się w grupy w zeszłym roku zaproszono mnie do Fantastic Women Writers of Poland, znanych jako Harda Horda. Dziękuję raz jeszcze. Dumnam i szczęśliwam.

Poza konwentami podróżowałam też w starym dobrym stylu architektura obronna, porty, statki. Z okrętami było w tym roku nieco słabiej, ale za to po pierwsze widziałam Niezatapialną w Ratyzbonie, a po drugie prowadziłam rzeczny statek wycieczkowy osobiście własnymi ręcami. Wakacje spędziliśmy w Polsce, robiąc piękny, wygięty na północ łuk między Zamościem a Zieloną Górą. Największe odkrycie Grudziądz i muzeum farmacji w Białymstoku. Największe wzruszenie kościół w miejscowości Krupe. Wciąż mam plan, żeby spisać z notatek zeszytowych pełnoprawną relację i wrzucić ją na bloga w ramach zimowych wspominek. W częściach, bo było tego naprawdę sporo ponad 50 zwiedzonych obiektów.

Na koniec podsumowanie pisarskie. Po pierwsze, mam za sobą wydanie pierwszej powieści i tę radość, którą niesie ujrzenie własnego nazwiska na książce stojącej na półce w księgarni. Przyznam, że spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego. A tymczasem trzeba było ustawić konisie do zdjęcia, nie było czasu na jakieś tam dzikie emocje ;) Założyłam sobie kiedyś, że moja książka ukaże się zanim skończę czterdzieści lat. Nie miałam wtedy nawet pomysłu na powieść, pisywałam opowiadanka blogowe. Dopięłam swego. Mogę umrzeć spełniona, albo wymyślić coś nowego. Na początek napiszę Nieuniknione, którego pierwszy tom udało mi się skończyć w trakcie zeszłorocznego NaNoWriMo! Wreszcie! Trudno się wraca do tekstu przerwanego w pół zdania dwa lata wcześniej. Ale zrobiłam to. Na ten rok planuję tom drugi. Co jeszcze napisałam? Niewiele, przyznaję. Szorta pt.: Zbynio, który ma się ukazać w lutym w Silmarisie oraz opowiadanie Biuro podróży, które wygrało sobie miejsce w siódmym tomie Fantazji Zielonogórskich. Końcem roku pracowałam też intensywnie nad opowiadaniem bez tytułu, które zamierzam posłać na wewnętrzny konkurs sekcji literackiej ŚKF. Mam czas do końca stycznia, żeby dokończyć i stać się z niego zadowolona na wyższym poziomie niż PIIIIISK, ale miałam zajefajny pomysł! Wyniki w marcu. Z wcześniej napisanych opowiadań w Esensji ukazało się Kiedy gwiazdy się na niebie..., a w Szortalu Nuk. Jeśli chodzi o planowane w 2018 publikacje, to poza wspomnianym już Zbyniem, w antologii projektu Fantazmaty ukaże się moje opowiadanie Dom, a wydawnictwo Genius Creations zapowiada wydanie antologii z tekstami z konkursu Ten pierwszy raz, więc Wow! także ujrzy światło dzienne. Pod względem pisarskim trudno nazwać 2017 dobrym rokiem. Pomysły kiełkowały, dojrzewały, umierały. Rzadko za coś się brałam. Znacznie więcej czytałam, także rzeczy niewydanych. Nie będę się rozwodzić nad swoją blokadą. Minęła, ale to i tak nie znaczy, że jestem w stanie stale pisać na podobnym poziomie zaangażowania w samo stukanie na klawiaturze. Prace koncepcyjne, inkubacja zajmują dużo sił przerobowych, a zbyt wiele rzeczy pozapisarskich zajmuje czas

Plany na 2018 pod tym względem są za to dość konkretne. Drugi tom Powstrzymać nieuniknione, powieść Przygody niewiarygodnej Pike ze steampunkiem w kosmosach, bo dobro+dobro=dobro2 (jest prawie gotowa, to będą prace redakcyjne) i pięć różnych opowiadań, ale o nich będę mówić, jak już zacznę w nich dłubać. Mogę tylko powiedzieć, że przynajmniej dwa nie będą fantastyczne, ale utrzymane w klimatach moich obyczajówek, które można przeczytać na forum Literka. Mało? Dużo? Wystarczająco. Plany są dobre, bo systematyzują, nawet jeśli potem nic z nich nie wychodzi. Albo prawie nic. Ale zawsze trochę.

To tyle ode mnie

Dobrego Nowego Roku. Niech będzie najlepszy. I jeszcze skradzione z fejsa Wącham książki przesłanie:




PS. Ubiłam dwa Winter Wignowy i jednego Winter Frizi. Prawie mam mikołajową czapkę!

niedziela, 26 listopada 2017

Justin Somper – "Wampiraci. Demony oceanu"

Autor: Justin Somper
Tytuł oryginału: Vampirates. Demons of the Ocean
Rok pierwszego wydania: 2005
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, Warszawa 2006
Liczba stron: 317
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa

Przeczytane: 20 września 2017
Ocena: jestem na to za stara ;)

"Choć nie był związany jak kapitan, nadal nie mógł się ruszyć, gdyż napastnik z dwoma kordami w rękach stał tuż przed nim, gotowy do akcji. Przypomniał sobie poradę Barta: "Zawsze obserwuj oczy przeciwnika. Miecz może kłamać, oczy nie". Przeniósł spojrzenie z pary ostrzy na oczy napastnika. Zauważył, że są ciemnobrązowe. W ich głębi, ku swemu zdumieniu, dostrzegł strach."

Wyobrażam sobie, że ta książka ma wszystko, żeby stać się ulubioną książką czytelnika w wieku młodszym nastoletnim. Są młodzi bohaterowie z tajemniczą przeszłością, złożeni nieszczęściem i zmuszeni do opuszczenia znanego sobie świata, a następnie rozdzieleni. Są piraci, a więc abordaże, łupy, przygody. Są wampiry, ale takie dobre w gruncie rzeczy. W rodzeństwie Tempest bez problemu dostrzegam postaci, z którymi mogą się identyfikować marzący o niezwykłych przygodach młodzi czytelnicy. A ja jestem na nią po prostu mocno za stara.

Skąd się wzięła w słoiku z wyzwaniem? Podejrzewam żart w stylu: "patrz, Siem, tu są PIRACI. Bierz.". No to wzięłam. I patrzę na to wszystko jak człowiek w wieku dinozaura. Czyli: po co autorowi było umieszczenie akcji w jakiejś dalekiej przyszłości? Nie mówi nam o niej nic, świat społecznie funkcjonuje jak mieszanka naszych czasów i wieku dziewiętnastego, bądź może osiemnastego. Nie widzę w tym pierwszym tomie serii żadnego powodu do podawania jakiejkolwiek daty. Mam też ogromny problem z naiwnością tej książki. Bo mam wrażenie, że nawet dla młodszych nastolatków będzie zbyt łopatologiczna. Ale to może być tylko moje wrażenie, bo jestem stara i po prostu nie pamiętam aż tak dobrze, jak postrzegałam świat w wieku lat trzynastu.

Pierwszy raz w trakcie wyzwania trafiłam na coś, przy czym nie czuję się targetem tak bardzo, że nie jestem w stanie prawie niczego powiedzieć. Ot, czytała się szybko, bo literki duże, a fabuła w gruncie rzeczy prosta. Czy podrzuciłabym ją w odpowiednim czasie Bratanicy? Nie. Niech sobie sama znajduje takie rzeczy... Ale z chęcią posłucham, co będzie miała do powiedzenia ;)


PS. Kolejna pozycja ze słoika to "Mapa Czasu" Felixa J. Palmy.

sobota, 7 października 2017

C. J. Cherryh – "Spadkobierca"

Autor: C. J. Cherryh
Tytuł oryginału: Inheritor
Rok pierwszego wydania: 1996
Wydawnictwo: MAG, Warszawa 1999
Liczba stron: 440
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz

Przeczytane: 23 sierpnia 2017
Ocena: bardzo się nudziłam, nie zgrywamy się z głową Brena

"– Żagle-kwiaty wylądowały na Mospheirze – przypomniała wszystkim. – Wędrujące maszyny rozdarły ziemię oraz kamienie Ganów i przez pewien czas było dla Barijda-aijego wygodne, że ostatnia warownia Ganów uległa tak nie przewidzianemu zagrożeniu. Kamienie babek zostały powalone nie rękami z ciała i kości, lecz przez te dymiące maszyny. Maszyny obaliły herezję. 
– Tak – powiedział chłopiec. A wszyscy atevi wyjechali z Mospheiry i osiedlili się na tym wybrzeżu.
– Głupia polityka – orzekła Ilsidi."

Moja przygoda z cyklem "Przybysz" zaczęła się dawno temu. Będzie ze cztery lata. Namówiona przez fankę Brena pochłonęłam ekspresowo pierwszy tom. Nie ogarniałam polityki, ale ogarniałam człowieka. Bardzo mi się podobał Bren – urzędnik, tłumacz, łącznik między dwoma ogromnie różniącymi się rasami, ktoś od czyjego wyczucia i umiejętności zależą losy cywilizacji. I jednocześnie ktoś, kto nigdy nie był szkolony do walki. Kto nie powinien być stawiany w sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych dla jego życia. Kto przy silniejszych, większych atevich nie miał zwyczajnie szans. Zwykły człowiek. Pełen strachu, ale i odwagi, który w ekstremalnej sytuacji potrafi znaleźć w sobie pierwiastek bohaterstwa. Zaimponował mi. 

Po drugi tom, "Najeźdźca" sięgnęłam dość szybko i jeszcze szybciej się zablokowałam. Nudziłam się. Nie rozumiałam trzech czwartych tekstu. Gubiłam się w rozmowach Brena z atevimi i to zarówno, kiedy trwały, jak i potem, gdy on je tłumaczył teoretycznie na ludzki. Nie czułam, żeby cokolwiek się działo. Przerywałam i wracałam ponownie, bo jestem uparta. Może powinnam była po prostu czytać po przekątnej, skupić się na elementach przygody. Może, ale nie potrafiłam się ich doczekać. A o tym, jak wiele się działo i jak bardzo ja potrafiłam się skupić na tekście, niech powie fakt, że w tomie, który czytałam, brakowało kilkunastu kartek. Nie zauważyłam braku. Zorientowałam się dlatego, że wydawało mi się, że podejrzanie dużo przeczytałam i zaczęłam kartkować wstecz.

Tom trzeci, "Spadkobierca" stał na półce pomiędzy pożyczonymi książkami długo. Gdyby nie wyzwanie i jakiś ośli upór z mojej strony, pewnie bym po niego nie sięgnęła. Ale pożyczyłam go z rozpędu razem z drugim, a jak oddać komuś nieprzeczytaną książkę? Nie umiem i czasem przez to cierpię, ale jeśli się weźmie pod uwagę ile razy dzięki tej niepisanej zasadzie wygrałam, to cieszę się, że jej przestrzegam.

Do "Spadkobiercy" podchodziłam nieufnie. Znów było dużo gadania, dużo rozciągniętych i mało interesujących wejść w głowę Brena, który rozkłada każdy grymas na czynniki pierwsze. Taka jego praca, a wie już, że od niego zależy mnóstwo, wie, po której stronie się opowiada. Minęło półtora miesiąca, odkąd przeczytałam książkę i z tej perspektywy umiem na przykład docenić przemiany i podziały wśród ludzkich gości planety atevich. Umiem docenić to, jak autorka wzięła pod uwagę różnicę między ludźmi od pokoleń żyjących na planecie, a tymi, którzy przylecieli na statku. Cieszy mnie, iż Jase, w którego poziom łajzowatości nie byłam w stanie uwierzyć, faktycznie nie był łajzą, a konsekwentnie realizował plan. Podoba mi się zakończenie. Ale kiedy skończyłam czytać, czułam tylko ulgę, że doczołgałam się do końca i żal, że już w trzecim tomie, atevi tracą swoje atevskie cechy na rzecz dość ludzkich żartów na przykład. Mam wrażenie, że pewne rzeczy pojawiły się niepotrzebnie i uczłowieczyły do tej pory naprawdę dopracowaną pod względem obcości rasę obcych właśnie. To zwyczajnie z mojego punktu widzenia zepsuło wrażenie, które autorka wypracowała wcześniej.

Czy będę czytać dalej? Nie wydaje mi się. Mam poczucie, że "Przybysz" to ważna seria, ważny punkt na mapie powieści S-F, pod tym względem cieszę się, że miałam z nią kontakt. Nie czuję jednak ekscytacji na myśl o poznawaniu dalszych losów Brena. Niech zostanie dla mnie tu, gdzie dotarł wraz z zakończeniem "Spadkobiercy".


PS. Następna książka wylosowana ze słoika to "Wampiraci". Mam złe przeczucia.