Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 5 grudnia 2018

Czy pacjent żyje?

Domowa hierarchia - bez zmian.

Dzień dobry!

Mój blogas niemalże niepostrzeżenie stał się kwartalnikiem. Winna temu jest upierdliwa właściwość czasu, który wciąż pozostaje nierozciągliwy, przynajmniej w mojej ziemskiej rzeczywistości.

W ciągu tych trzech miesięcy robiłam mnóstwo rzeczy. Aklimatyzowałam się w Przedszkolu. Właściwie to nadal się aklimatyzuję, bo aktualnie jestem na trzecim zwolnieniu lekarskim od początku roku szkolnego. Moje nowe koleżanki mówią, że to normalne i w końcu mi przejdzie. Bardzo tego pragnę, bo omijają mnie fajne rzeczy. No i ja zwyczajnie lubię moją pracę. A siedzenie w domu, z bólem głowy, chustką przy nosie i rwącymi stawami absolutnie nie należy do przyjemności. Szukam głębiej, czy to faktycznie tylko przedszkolne choróbska, czy jednak coś więcej. Aklimatyzowanie nie polega jedynie na chorowaniu. Zderzyłam się z zapomnianymi już stosami dokumentacji wszelakiej, spędziłam sporo czasu, układając plan pracy z moimi podopiecznymi na pierwszy semestr, a w tej chwili mi go życie weryfikuje i jestem przekonana, że plan na semestr drugi stworzę znacznie realniejszy. Przy okazji dokumentacji zarwałam kilka nocy i ogólnie nowy poziom stresu. Ale nie narzekam, to są rzeczy, które mogą na pewnym poziomie irytować, ale które mają sens.

Kolejną zajmującą mi czas rzeczą są zabawki. Zabawki, które sobie robię do pracy - pomoce dydaktyczne i do stymulacji widzenia. Lubię to. Taka forma twórczości manualnej, w której się odnajduję. Znów zaczęło się zbieractwo buteleczek, pudełeczek i szpulek po cynie. Bo mnóstwo rzeczy za pomocą folii samoprzylepnych i odblaskowych można zamienić w coś interesującego. Wrzucam czasem swoje pomysły na instagrama (@siemomysla) z haszem #tyflopedagogika i #nauczycielkaprzedszkola. 

Tak upłynął wrzesień i pół października. Potem zaczęło się przygotowanie do NaNoWriMo, którego
Fajnie jest mieć kredki
w końcu nie napisałam. Gdzieś w połowie listopada poczyniłam odkrycie, że nie napisałam żadnego tekstu w tym roku. Owszem, kończyłam pierwsze opowiadanie Fiksowe i zaczęłam pisać kolejne, ale nie skończyłam żadnego, nawet miniaturowego tekstu. Wszystko, co w tym roku ukazało się pod moim nazwiskiem to twory z lat ubiegłych. I wiem, że jeszcze nie koniec roku, ale jakoś mnie to przygnębiło. Wiem też, że bywają różne fazy w pisarskim życiu, a patrząc wstecz na cały rok i to, z czym się mierzyłam, rozumiem, że naprawdę trudno byłoby oczekiwać po sobie jeszcze wysiłku twórczego, większego niż przyklejanie na przemian pasków czarnych i białych. Ale i tak mierzę się z poczuciem winy. Bo jak to tak? A jeśli już nigdy niczego nie napiszę? Ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić Siem bez pisania, postanowiłam podejść do tego planowo. Oto zatrudniam sama siebie w wymiarze 1/4 etatu na stanowisku pisarka. 1/4 etatu to 10 godzin tygodniowo. Nie ustaliłam jeszcze wynagrodzenia, ale to kwestia drugorzędna. Wzięłam w poniedziałek stary zeszyt z NaNoPakietu i zrobiłam sobie z niego śliczny planner. Bo po co czekać do nowego roku, skoro można od razu się nie stosować? Mam świeżutki pomysł. Na niedługie opowiadanie, w sam raz pod temat przyszłorocznego zbiorku Logrusowego. Wydaje mi się, że dobrym pomysłem na rozruch, będzie napisanie czegoś krótkiego, od zera i nie powiązanego z żadnym z moich dotychczasowych projektów. Potrzebuję zdjąć z siebie presję, jaką tworzy dla mnie istnienie czytelników. Kocham moich czytelników. Bez czytelników pisanie nie ma sensu. Ale myślenie o nich w trakcie pisania to dla mnie murowany sposób na blokadę. Zajmuję się zatem obecnie stawianiem mentalnego płotu.

Różowy słoń z niebiesko-zielonym tyłem
W ramach odstresowania wpadłam w te cholerne kolorowanki. Nie wiem, jak to ma odstresowywać, zwłaszcza jak nie da się naostrzyć do czubka, bo się duszka łamie. Ale zajmuje myśli - to fakt bezsprzeczny. A także próbuje mnie zbankrutować, bo chcę więcej kolorów! Więcej! Więcej! I aktualnie czekam na jakieś niespodziewane pieniądze, żeby sobie kupić Polycolory Koh-i-noora. Siedemdziesiąt dwa kolory! I może będą się lepiej ostrzyć niż zwykłe szkolne, bo rozpacz bierze. Ale i satysfakcja, jak wzór wyjdzie, nigdzie nie pomylę i nie powyjeżdżam za bardzo... Przy okazji przekonałam się, że to prawda, czego mnie uczyli w szkole. Czterdziestka na karku, pora myśleć o okularach do czytania. Przy czytaniu jeszcze spoko, ale przy tych malutkich szczegółach do kolorowania - klęska.

Hordowy zestaw na początek grudnia
Co jeszcze? Nadrabiam czytelniczo ten okres, kiedy weszłam w separację z fantastyką. Okazało się, że wiele straciłam, a uratowało mnie wstąpienie do Klubu i zaproszenie do Hardej Hordy. Przynajmniej ze wznowieniami powieści dziewczyn jestem niemal na bieżąco. Polubiłam się już bardzo z Brune Agnieszki Hałas i pokochałam miłością silną Saliankę Mileny Wójtowicz. Teraz pora na Martynę Raduchowską. Tylko chyba na drodze losowania wybiorę - Maya czy Ida? A może jakieś podpowiedzi? Wyzwania książkowe, które mieliście okazję tu obserwować, wciąż się nie zakończyły. Książek pożyczonych przybywa, a ja się nie wyrabiam i jeszcze Michał Cholewa wydał kolejną część Algorytmu Wojny i ręce opadają z nimi wszystkimi. Drugie wyzwanie zmarło w chwili, gdy wyciągnęłam ze słoika podrzutków Koran. Być może już zresztą wspominałam o tym sabotażu. Pocieszające jest to, że z całą pewnością mam materiał na reaktywację blogasa. Niezależnie od martwych wyzwań, czytam i czytam, i chętnie się tym czytaniem podzielę. W plannerku zarezerwowałam dla bloga środy - co dwa tygodnie. Metoda dwutygodniowa bardzo nam się sprawdziła - mnie i Frzee - przy działaniach na Trekkies' Log, które zresztą od listopada eskalowały! Dotarłyśmy do The Next Generation i postanowiłyśmy wrzucać notki co tydzień, żeby nie pisać o Picardzie do emerytury. Na razie się udaje. Być może dlatego, że przed NaNo przygotowałyśmy sobie zapas. Nie wiem, jak to wyjdzie w przyszłości, bo zwykle się nie wie, ale jestem gotowa na zmiany życiowe w kierunku - planowanie i porządek, bo chaos i działania na ostatnią chwilę przestały się sprawdzać. I to ma szansę. Podobnie jak zmiana nawyków żywieniowych, ku której pcha mnie delikatnie Aga z Obrazko&Terapii. Na początek rezygnuję z mleka, które mnie truje, jako ssaka innego gatunku niż krowa. Trochę smuteczek, bo kij z mlekiem, ale twarożkami i jogurtami żywię się odkąd zaczęłam o tym decydować sama. To będzie wyzwanie. Ale jeśli mam się czuć lepiej i nie chorować na jakieś podłe, przewlekłe infekcje, to warto. Oczywiście razem z mlekiem lecą słodkości. W sensie cukier wypada. Z tej okazji w poniedziałek pożarłam 20 dag moich ukochanych pączuszków serowych ze sklepiku pod blokiem. Na pożegnanie rzecz jasna.

Kącik tulaśno-motywacyjny
Mam też zamiar podjąć się regularnego oszczędzania! No. Może nie do końca regularnego. Ale oszczędzania! Monsz twierdzi, że nie ma mocnych - w ostatnim tygodniu miesiąca będę wydłubywać drobniaki ze skarbonki, ale postanawiam się nie poddawać jego defetyzmowi. Chcę nowego pióra, żeby móc kupić brązowy atrament. Bo jak się ma pióro z brązowym atramentem to ho ho! Przy okazji uwaga z innej beczki - nie wiem, jak to działa, ale piórem piszę wyraźniej. To mogłoby być dobre dla wypełnianych przeze mnie rubryczek w dzienniku przedszkolnym. Tyle że na razie mam atrament w kolorze pięknej zieleni i w kolorze gumijagody. Żaden nie wydaje mi się dość odpowiedni do wypełniania dziennika... Ale za to do notowania sukcesów w kalendarzyku pisarskim 2019 (na zdjęciu wspiera się na kucykach) obydwa są idealne. I tym optymistycznym, kończę rytuał ożywiania. Pilnujcie mnie 19 grudnia!






4 komentarze:

  1. 750! Piszaj 750! Na początku może być trudno, ale później dzienną normę można pisać mniej-więcej w pół godziny-godzinę. To daje ok. 7 godzin tygodniowo, czyli masz jeszcze trzy godziny luzu, czyli możesz pisać nawet półtorej godziny dziennie taką normę, a to na 750 słów powinno z powodzeniem wystarczyć (podkreślam: po tym etapie rozbiegu, kiedy pisze się przez pół dnia xD ). A myślę o tym dlatego, że tam masz co miesiąc wyzwanie i możesz sobie wyznaczać kary i nagrody za jego zrealizowanie. I to jest strasznie fajne :D No.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reaktywacja konta na 750 jest na liście planowanych czynów. Spinania zadka potrzebuję i każdego motywatora!

      Usuń
  2. Zielony do dziennika pasuje, moim zdaniem, ale ja się nie znam :). Oraz, miło Cię znowu czytać. Trzymam kciuki za realizację planów!

    OdpowiedzUsuń