Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 2 stycznia 2019

Literackie podsumowanie 2018



Internety toną w podsumowaniach i postanowieniach. To i ja się podsumuję. Literacko.

Wiedziona doświadczeniami z lat ubiegłych, chcąc oszczędzić sobie stresu wynikającego z porażki, ustaliłam na Goodreads, że przeczytam w ciągu 2018 roku 36 książek. Przeczytałam 38, więc sukces pełną gębą. Dla odmiany, ponieważ jeszcze nigdy tego nie robiłam, postanowiłam spojrzeć na moje lektury pod kątem statystyki.
Wśród tych 38 książek dwie trzecie napisały polskie autorki i autorzy (25). Bardzo podobny był stosunek kobiet do mężczyzn w wybieranych przeze mnie pozycjach. 21 napisały panie, 15 panowie, a 2 to zbiory opowiadań różnych autorów. Jeśli chodzi o tematykę dominowała fantastyka – 31 książek. Wśród pozostałych siedmiu pozycji znalazł się jeden thriller („Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins), jedna przygodówka („Pokój Trappa” Briana Callisona, zalegający mi od wyzwania z 2015 roku) i jedna pozycja niefabularna („Astrofizyka dla zabieganych” Neala de Grasse Tysona). Wśród pozostałych czterech są dwie, które uważam za najlepsze, jakie przeczytałam w ubiegłym roku: „Król szczurów” Jamesa Clavella i „Gdybym ci kiedyś powiedziała” Judy Budnitz.
Ta pierwsza opowiada o życiu żołnierzy trzymanych podczas drugiej wojny światowej w japońskim obozie jenieckim w Malezji i zrobiła na mnie ogromne wrażenie głównie tym, czego jej autor nie pisał wprost. Lekki styl, brak epatowania okrucieństwem, spokój bohaterów – to wszystko powodowało, że przeżyłam ją jeszcze mocniej. Ta druga to współczesna baśń dla dorosłych, momentami fantastyczna, momentami straszna i boleśnie prawdziwa, zawierająca w sobie opis tego, jak kultura, obyczaje, wierzenia wędrują z ludźmi poprzez ocean ze starego do nowego świata, stając się jeszcze jedną przyprawą w wielokulturowym tworze, jakim są Stany Zjednoczone.
Do mojej osobistej topki dołączę jeszcze „Wrota” Mileny Wójtowicz. Sposób w jaki wykorzystała konwencje i motywy znane z baśni i książek o bohaterach, jak nimi przewrotnie zagrała i jak je w końcu zdekonstruowała bardzo mi się spodobał. A do tego stworzyła niesamowicie sympatyczną i prawdziwą bohaterkę. Czytając, bawiłam się zarówno na poziomie rozrywkowym, jak i na poziomie obserwatora nie związanego z historią emocjonalnie – przyglądałam się jak autorka manewruje historią, jak wywraca do góry nogami stereotypy, jak racjonalnie i bezlitośnie podchodzi do relacji między swoimi bohaterami. „Wrota” to prawdziwy miód.
Na drugim końcu, pośród tych, które mnie zawiodły, bądź po prostu nie przypadły mi do gustu znajduje się wspomniana wyżej „Dziewczyna z pociągu”, która z mojego punktu widzenia na określenie thriller nie zasługuje, bo ani przez chwilę nie trzymała mnie w napięciu, tożsamość złola odkryłam bardzo szybko, a całość zdecydowanie bardziej przypominała dramat obyczajowy, niezbyt odkrywczo napisany zresztą.
Nie polecam też nikomu „Marszu automatonów” George’a Manna. Szczerze mówiąc po prostu się wynudziłam, a do tego naprawdę ciężko mi się ją czytało. Coś z nią było nie tak. Język mnie zatrzymywał. Podobnie zresztą jak przy lekturze „Wilczej godziny” Andriusa B. Tapinasa – jedynej książki zagranicznej w tym zestawieniu, która w oryginale nie jest anglojęzyczna. Mam wrażenie, że w przypadku tej ostatniej problem tkwi w tym, że tłumaczenie robił ktoś, dla kogo polski nie jest językiem rodzimym. Karkołomne konstrukcje gramatyczne i nieistniejące związki frazeologiczne odrywały mnie od lektury książki, która dla wielu miłośników steampunkowych przygodówek może być bardzo smakowitym kąskiem.
Wyróżnię tu także „Świat w pudełku” Katarzyny Rupiewicz i „Triskel” Krystyny Chodorowskiej. Obydwie autorki to moje koleżanki z sekcji literackiej ŚKF. Obydwie książki czytałam z ogromną przyjemnością i bez odrywania się z błahych powodów. Pierwsza to opowieść w klimacie postapo, która każe się zastanawiać nad tym, w jaką formę wyewoluuje człowiek i jak reszta społeczeństwa poradzi sobie z innością. Trudno mieć złudzenia, że będzie dobrze. Nie jesteśmy gatunkiem tolerancyjnym niestety. Druga przedstawia rzeczywistość, w której super bohaterowie są jawni i wchodzą w skład sił porządkowych zabezpieczających miasto przed wszelkiego rodzaju negatywnymi niespodziankami, czy to z udziałem czynnika ludzkiego, czy niekoniecznie. Pierwsza to samodzielna całość – rzadkość w dzisiejszych nastawionych na serie czasach. Druga – pierwszy tom trylogii.
W 2018 kontynuowałam także edukację z amerykańskich klasyków. Przeczytałam „Wyszłam za komunistę” Philippe’a Rotha (niżej ją oceniam niż „Amerykańską sielankę”, ale styl autora i jego umiejętność uderzania w wielki dzwon, tak by czytelnik nie czuł się zażenowany, a porwany entuzjazmem, nieodmiennie mnie fascynuje) oraz „Timbuktu” Paula Austera (historia opowiedziana przez psa, który po śmierci pana próbuje sobie znaleźć miejsce na świecie, nie tylko fizyczne, ale też to, które określamy mianem sensu życia).
Czytelniczo to był bardzo sympatyczny rok, choć pod koniec 2017 miałam nadzieję, że przeczytam więcej książek niefabularnych, że sięgnę po kilka książek historycznych, które miały mi dać bazę do pisania konkretnych tekstów, że uzupełnię braki w klasyce. Wyszło inaczej, bo potrzebowałam lekkich lektur, dających odpoczynek i odrywających od realnego życia, które jednak mocno dało mi w kość.
Na ten rok na Goodreads mam znów zakontraktowane 36 książek w wyzwaniu i zastanawiam się, czy nie wyznaczyć sobie dwunastu pewników. Rzeczy, które mam na liście do przeczytania praktycznie od zawsze, a które jakimś cudem z niej nie spadają, by przeskoczyć na listę „przeczytane”.

Pisarsko nie było tak wesoło. Bilans napisanych tekstów to zero. Coś skończyłam, coś zaczęłam, tu i ówdzie się przymierzałam. Zbierałam za to żniwo z zasianych wcześniej słów. W 2018 ukazały się cztery moje opowiadania:
„Zbynio” (Silmaris (8) marzec 2018),
„Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra” (w antologii Ścieżki wyobraźni: Skafander i melonik, Śląski Klub Fantastyki 2018),
„Wow!” (w antologii: Ten pierwszy raz, Genius Creations 2018),
„Dom” (w antologii: Fantazmaty. Tom II, 2018).
Najstarsze z nich to „Wow!”, które pisałam na konkurs Genius Creations w marcu 2016 roku, najnowsze – „Detektyw Fiks…”. Kończyłam je w styczniu 2018 gnana deadlinem i przekonana że nie ma bata, nie zdążę i już. Zdążyłam i jestem z Fiksa dumna. Udał mi się łobuz po prostu. A Ania Askaldowicz, która podjęła się trudu redakcji, pomogła mi w wyszlifowaniu tekstu tak, bym mogła z tej dumy puchnąć.

Planów nijakich na rok 2019 nie ogłaszam. Będę raportowała na bieżąco po prostu. Ogłoszenia mi ostatnio nie służą, więc po co się wygłupiać?

Do przeczytania za dwa tygodnie!

4 komentarze:

  1. Ja ma nadzieję, że może jakiś zbiorek przygód Fiksa się chociaż wyklaruje w tym roku ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla tłumacza "Wilczej godziny" polski jest i nie jest ojczystym - to Litwin, lecz od urodzenia mieszkający w Polsce, więc pewnie w domu mówiono po litewsku, ale co najmniej od przedszkola ma kontakt z polskim. Z nim jest inny problem - to tłumacz przysięgły, mający kontakt najczęściej z dokumentami urzędowymi, sądowymi itd. itp. Literatury nigdy wcześniej nie tłumaczył. A SQN, niestety, nie zatrudnia dobrych redaktorów (pewnie taniej wychodzi wziąć amatora). Tłumacz - debiutant ze złymi (urzędniczymi) nawykami + pseudoredaktor = taki a nie inny rezultat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Dzięki za głos w dyskusji i światło na kwestię tłumaczenia. Czuję się jednak w obowiązku powiedzieć, że SQN zatrudnia na przykład Joannę Mikę (pracowała choćby przy antologii "Inne światy" czy przy "Trupie na plaży" Anety Jadowskiej) a to dobra redaktorka. Z "Wilczą godziną" - nie da się ukryć - faktycznie coś nie poszło.

      Usuń